Z zawodu i wykształcenia jestem tłumaczem i lektorem języka angielskiego. Pasją do podróżowania i odkrywania nowych miejsc zarazili mnie rodzice, ale dopiero parę lat temu odkryłem, że lubię o tym pisać i dzielić się z innymi moimi spostrzeżeniami. Póki co, dalekie i egzotycznie podróże jeszcze przede mną. Na razie poczytasz tu o dość popularnych celach podróży Polaków głównie w Europie, ale nawet w takich miejscach staram się odkryć coś nowego i przekazać cenne wskazówki. Zapraszam
piątek, 17 maja 2024
Teneryfa 2024 - cz. 3
poniedziałek, 13 maja 2024
Teneryfa 2024 - cz. 2
Po wstępie w części 1 i kilku (mam nadzieję praktycznych) wskazówkach, przechodzimy do tego co można zobaczyć na wyspie.
środa, 8 maja 2024
Teneryfa 2024 - cz. 1
W końcu udało nam się wyjechać na Wyspy Kanaryjskie. Padło na największą z nich – Teneryfę.
Pierwszy raz lecieliśmy lotem z przesiadką, co nie jest tym
samym co lot łączony – a ma to znaczenie (tanie linie takich połączeń nie
oferują), więc na początek chciałem się z Wami podzielić kilkoma moimi
przemyśleniami w tym temacie. Skorzystaliśmy z takiej opcji, bo paradoksalnie
często bilety na 2 loty będą tańsze niż na 1 lot bezpośredni. I tak było w tym
przypadku, gdy lecieliśmy na Teneryfę przez Londyn.
Niestety, oprócz oszczędności finansowej (czasem złudnej, bo
jak oszczędziliśmy zaledwie 200-300 zł na biletach, to może się okazać, że
wydamy co najmniej tyle na lotniskowe jedzenie i picie podczas kilkugodzinnego
czekania), to musimy być świadomi ryzyka, np. pierwszy lot może się opóźnić lub
natrafimy na długie kolejki do kontroli bezpieczeństwa – szczególnie na dużych
lotniskach, i nagle okaże się, że 2-3 godziny to za mało, żeby złapać kolejny
lot (a w tanich liniach nikt na ciebie nie poczeka).
Trzeba też pamiętać, że lotnisko pośrednie może mieć inne
regulacje. I tak, lecąc obecnie przez Wielką Brytanię, która nie jest już w UE
(w Schengen nigdy nie była), mimo że lecimy do innego kraju członkowskiego
musimy mieć paszport. Nie ukrywam, że wyleciało mi to z głowy i uświadomiono mi
to dopiero dzień przed wylotem, kiedy robiłem odprawę online. Na szczęście
pilnuję, żebyśmy mieli aktualne paszporty, ale muszę przyznać, że ciśnienie mi
skoczyło.
Czasem oczywiście nie mamy wyboru, bo brak bezpośrednich
połączeń z pobliskich lotnisk, ale tylko uczulam, żeby sobie rozważyć wszystkie
za i przeciw.
Zanim przejdę dalej muszę wspomnieć o przemiłej
niespodziance jaka mnie spotkała podczas wyjazdu. Po tym jak wrzuciłem na Fb swoje
zdjęcie ze szczytu wulkanu, odezwała się do mnie moja była kursantka Kasia,
która od ponad 2 lat mieszka na Teneryfie ze swoim mężem Arturem (jego również
miałem przyjemność uczyć angielskiego). Spotkaliśmy się na ciacho w uroczej
kawiarni z widokiem za milion dolarów – sami raczej byśmy tam nie trafili.
Niestety było to już w ostatni dzień naszego pobytu, więc za późno, żeby
skorzystać z doświadczeń i wskazówek Kasi i Artura, ale wykorzystam tą wiedzę i
podzielę się nią z wami w dalszej części mojego opisu.
Gdzie nocować?
Decydując się na podróż na Teneryfę możemy stanąć przed
dylematem w której części najlepiej się zatrzymać. Mimo że wydaje się
stosunkowo nieduża (powierzchnia ok. 2000 km2, co stanowi zaledwie 1/10
powierzchni woj. dolnośląskiego), to oferuje bardzo zróżnicowany klimat,
szczególnie jeśli porównamy północ i południe. Sprawcą takiej sytuacji jest
dominujący nad wyspą potężny wulkan Teide (przez w/w znajomych pieszczotliwie
nazywany „Tadeuszem”). To on swoim „cieliskiem” zatrzymuje chmury z jednej
strony wyspy, przez co północ jest bardziej zielona i wilgotna, z nieco
kapryśną aurą, natomiast południe suche i gorące z wypalonymi przez
nieskrępowane słońce terenami.
My, bardziej przez względy ekonomiczne, mieliśmy hotel na
północy w mieście Puerto de la Cruz. Bo północ jest tańsza. Na południu
dominują drogie, luksusowe kurorty hotelowe oferujące piękne baseny pod palmami
i wydzielone plaże. Ani przez chwile nie żałowałem naszego wyboru. Może jedynie
wybrałbym lepszy hotel. Nasz, delikatnie mówiąc, pozostawiał trochę do
życzenia. Żeby poczuć się lepiej, musieliśmy sobie przypominać jak mało za
niego zapłaciliśmy… (bo naprawdę trafił nam się mega tanio).
Poza tym, Puerto de la Cruz jest bardzo przyjemnym miastem
oferującym dużo atrakcji za dnia i w nocy. Sprawdzi się również jako baza
wypadowa do najpopularniejszych atrakcji na wyspie. Jeśli ktoś woli jednak
opcję „all inclusive” z zamiarem spędzania większości czasu na plaży lub przy
basenie, to faktycznie południe może być lepszym wyborem.
Czym się poruszać?
Wiem, że na wyspie jest dość dobrze rozbudowana komunikacja
autobusowa, a bilet całodniowy kosztuje 10 euro, natomiast tygodniowy 50 euro.
Ale to cała moja wiedza na ten temat. My tradycyjnie wypożyczyliśmy auto i
powiem wam, że Teneryfa jest pod tym względem – przynajmniej w tym okresie - zaskakująco
tania. Jeśli dobrze pamiętam to tylko na Malcie parę lat temu na początku
listopada udało nam się wynająć auto jeszcze taniej. Tutaj całościowy koszt (z pełnym
ubezpieczeniem) na 6 dni wyniósł zaledwie niecałe 95 euro… We Włoszech to ciężko
za taką cenę wynająć na 1 dzień. Dodatkowo, wypożyczalnie na Teneryfie nie
wymagają posiadania karty kredytowej i nie blokują depozytu na karcie, co dla
wielu może być dodatkowym argumentem.
Co więcej, paliwo jest tańsze niż u nas. Średnio 1,30
euro/litr czyli sporo poniżej 6 zł. Uprzedzając wasze pytanie: Nie, nie przywiozłem
paliwa ze sobą – limity na płyny nadal obowiązują ☹.
Aaa, i parkingi w ogromnej większości są za darmo. Przy
okazji, białe linie – można parkować, niebieskie – max na 2 godziny, żółte –
tylko jak masz za dużo kasy na mandat i lubisz dreszczyk emocji pod tytułem: „Czy
już mi odholowali auto, czy jeszcze nie?”
Co można robić na Teneryfie?
Może zabrzmi to banalnie, ale każdy znajdzie coś dla siebie.
Jak już wspomniałem, można się wylegiwać na plażach i zażywać kąpieli w oceanie
(choć większość plaż jest naturalnie czarna z piaskiem pochodzenia
wulkanicznego, to są ze trzy gdzie specjalnie dla wymagających turystów nawieziono
żółciutkiego piaseczku. Gdyby nie palmy, ciepła i pięknie błękitna woda,
czystość, niskie ceny i brak parawanów, normalnie pomyślałbym, że jestem nad Bałtykiem).
Na początku maja temperatura wody wynosi ok. 20-21 st., nawet zimą nie spada
poniżej 19.
Można uprawiać trekking. Jest mnóstwo tras na piesze
wędrówki po lasach, wąwozach czy na wulkany. Można latać na paralotniach, surfować,
nurkować (np. z instruktorem Arturem), robić formę biegając lub jeżdżąc rowerem
po morderczych podjazdach, grać w golfa na przepięknym polu golfowym nad
oceanem w Buenavista, lub spędzić cały dzień w największym parku wodnym Europy
Siam Park.
A można też, tak jak my, po prostu wozić tyłki autkiem i odwiedzać
najpopularniejsze atrakcje wyspy licząc, że faktycznie są warte zobaczenia. I o
tym będzie następna część, gdzie opiszę co dokładnie widzieliśmy.
poniedziałek, 4 września 2023
Malmö 2023 - cz. 2
Malmö cz. 2 (nieco długa, ale ostatnia – z wieloma praktycznymi informacjami)
W pierwszym poście skupiłem się na Kopenhadze, ale teraz przechodzimy do głównego celu naszej wycieczki, czyli Malmö.
Miasto jest może nie tyle małe, co „kompaktowe” i bardzo łatwo w krótkim czasie dokładnie je zwiedzić. Postanowiliśmy przemieszczać się po mieście - jak na Skandynawię przystało - na rowerach. Funkcjonuje tu instytucja roweru miejskiego „Malmö by bike” i za naprawdę fajną cenę (ok. 62 zł za 72h, czyli 3 dni), możemy do woli korzystać z jednym ograniczeniem, że co godzinę trzeba oddać lub podmienić rower. Nie jest to problem, bo siatka stacji jest tak gęsta i świetnie zaplanowana, że bez problemów przemieszczamy się od jednej atrakcji do drugiej.
A skoro o atrakcjach mowa, to numerem 1 jest bez wątpienia symbol Malmö – wieżowiec Turning Torso, w dosłownym tłumaczeniu „obracający się tułów lub tors”, i faktycznie inspiracją tego projektu miała być rzeźba przedstawiająca skręcony tułów. Wysoki na 190 m jest jednym z najwyższych budynków mieszkalnych w Europie i najwyższym budynkiem w całej Skandynawii. Ale co jest w nim najbardziej wyjątkowego to fakt, że najwyższa kondygnacja jest obrócona o dokładnie 90 stopni względem dolnej i uwierzcie mi, że wygląda to spektakularnie, szczególnie jak się stoi tuż pod nim. Lekki smuteczek, że nie można wejść do środka i nie ma żadnej platformy widokowej. Z tego co wyczytałem, tylko w trakcie dwóch tygodni w roku organizują wycieczki. Cóż, w końcu to budynek mieszkalny i zapewne w ten sposób dbają o spokój i prywatność mieszkańców.
Choć z tą prywatnością to jest ciekawa sprawa. Teoretycznie wiedziałem, że tutaj nie zasłania się okien, nawet jak mieszkasz na parterze. Ale wiedzieć a widzieć to nie to samo. I podziwiam, że nie mają żadnych skrupułów, że przechodnie mogą dokładnie zobaczyć co akurat jedzą lub robią. Ponoć ta tradycja wywodzi się z czasów, gdy mężowie wypływali na długie rejsy, i żeby nie było wątpliwości co do wierności pozostawionej żony, nie zasłaniano okien. Trochę dało mi to do myślenia, bo gdy mnie nie ma, moja żona zasłania rolety… Ewa, może to wyjaśnisz???
Kolejny punkt obowiązkowy to Zamek Malmöhus. Z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie, już większe wrażenie robi otaczający go park i fosa. Ale w środku skrywa mnóstwo atrakcji, wręcz za dużo. Bo oprócz możliwości poznania burzliwej historii zamku oraz podziwiania komnat i mebli z czasów jego świetności, znajdziemy tu i Muzeum Historii Naturalnej, i całkiem spore Oceanarium, i jest też interaktywna wystawa poświęcona ekologii, która w ciekawy sposób pokazuje i uświadamia co Szwedzi faktycznie robią i co my możemy zrobić, aby ograniczyć negatywny wpływ na środowisko.
I tu lekka dygresja: właśnie jednym z punktów wystawy był apel, aby sprzęt sportowy, jak narty czy deska surfingowa, który używamy zaledwie kilka razy w sezonie, wypożyczać zamiast kupować. Są specjalne fundacje, które taki sprzęt wypożyczają za darmo. Ponadto, w wielu miejscach na mieście, w tym w dużych galeriach handlowych, widzieliśmy bardzo dużo sklepów typu second-hand. Ale w niczym nie przypominają znanych nam „lupexów”, bardziej butiki, gdzie kupimy nie tylko odzież, ale również wyposażenie domu i to w bardzo atrakcyjnych cenach. Gdyby nie to, że mieliśmy bardzo ograniczony bagaż, to pewnie byśmy zrobili niemałe zakupy. W takim centrum handlowym widziałem też sklep z używanymi rowerami. Przy okazji, oczywiście wszystkie opakowania na napoje są kaucjowane, ale przy koszach na śmieci są specjalne pojemniki, w których możesz zostawić butelkę czy puszkę, jak nie zależy ci na odzyskaniu kaucji.
Wracając do Zamku, to w dobrej cenie możemy kupić bilet
łączony, który oprócz wymienionych wystaw uprawnia do wstępu do sąsiadującego
Muzeum Techniki i Muzeum Morskiego. To tutaj możemy zwiedzić autentyczną łódź
podwodną przeciskając się przez klaustrofobiczne wnętrza – super sprawa. Mimo,
że wiedziałem ile jest do zobaczenia, to i tak nie spodziewałem się, że zejdzie
nam aż tak dużo czasu, więc dobrze sobie zaplanować minimum 3 godziny na oba budynki.
No i przechodzimy do crème de la crème atrakcji w Malmö (choć jak zaraz zobaczycie, nie wszystkich zachwyci), mianowicie „Disgusting Food Museum”, czyli Muzeum Obrzydliwego Jedzenia. Zebrano tu eksponaty i próbki zapachowe różnych okropieństw, które w różnych rejonach świata są spożywane. Nie wszystkie rzeczy są dla nas odrzucające, bo i był nasz polski akcent w formie soku z kiszonej kapusty, flaczków, czy kaszanki, choć bardziej znanej na świecie jako szkocki black pudding. Ale było też dużo bardziej ekstremalnych dań jak bycze genitalia czy wino na myszach. Oszczędzę Wam zbyt wielu szczegółów, gdyby ktoś z Was akurat czytał opis przy posiłku. Dodam tylko, że na wejściu każdy dostaje torebkę, gdyby miał problem z utrzymaniem zawartości żołądka, a na ścianie wisi tablica z ilością dni od ostatniego wymiotującego klienta.
Ostatni etap zwiedzania to degustacja… Do spróbowania blisko 20 „przysmaków” z całego świata, w tym świerszcze, mrówki, przedziwne sery, skiśnięty rekin, najbardziej cuchnący owoc świata - durian, czy też sławny szwedzki śmierdzący Surströmming, czyli sfermentowany śledź. Na „deser” mamy challange w postaci 6 piekielnie pikantnych sosów chili o dźwięcznych nazwach jak „Hellfire Doomed” czy „Toxic Waste”, a ich pikantność dochodzi do 9 milionów jednostek w skali Scoville’a (dla porównania, popularny sos Tabasco ma zaledwie 30-50 tyś. jednostek na tej skali). Oczywiście spróbowałem wszystkiego. No prawie wszystkiego, bo odpuściłem ostatni sos, kiedy dali mi do podpisania oświadczenie wyszczególniające możliwe konsekwencje i jasno zaznaczając, że będzie bolało i trzeba być idiotą, żeby spróbować. A mnie już bolało od pierwszego sosu. Koleś się mnie pyta czy czuję różnicę smaku i delikatną nutkę benzyny i odpadów radioaktywnych, a ja mam łzy w oczach i tracę czucie w języku. Odpuszczam tuż przed metą. Ktoś może powiedzieć, że to jak biec maraton i przerwać na 100 metrów przed finiszem, ale z drugiej strony, czasem lepiej się zatrzymać niż dotrzeć do mety i paść trupem (tutaj raczej zgon mi nie groził, ewentualnie problemy żołądkowe przez resztę dnia – szkoda mi było tego czasu).
Jeśli wolicie zjeść coś bardziej tradycyjnego, to polecam
odwiedzić Saluhall – halę przemysłową przekształconą w miejsce spotkań i
dobrego jedzonka. Urokliwe miejsce i można tu spróbować m.in. słynne tradycyjne
kanapki szwedzkie smörgåsbord, jak i pyszny japoński ramen.
Dla wielbicieli sztuki prawie na każdym kroku mamy różnego rodzaju galerie i pracownie. Mieliśmy tyle wolnego czasu, że choć koneserami nie jesteśmy, to kilka takich miejsc odwiedziliśmy. Jedną galerię nawet 2 razy, bo Ewcia uparła się, że spróbuje zrozumieć, co autor miał na myśli tworząc różne instalacje z kajaków, rowerów i innych przedmiotów codziennego użytku.
A teraz krótkie podsumowanie. Spędziliśmy wspaniałe kilka dni (od poniedziałkowego popołudnia do piątkowego wieczoru) w bardzo spokojnej nadmorskiej miejscowości. Po raz pierwszy mogliśmy naprawdę się zrelaksować i nie pędzić martwiąc się, że jest jeszcze tyle do zobaczenia. Mieliśmy też dużo szczęścia do pogody (nieskromnie dodam – jak zwykle). Jeden dzień popadało, a przez większość dni piękne słoneczko, temperatura ok. 21 stopni i zero wiatru (nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak spokojne morze). Miejsce godne polecenia szczególnie dla tych co nie przepadają za zgiełkiem dużych miast. I już na sam koniec parę słów o cenach. Wszyscy wiedzą, że Szwecja do najtańszych nie należy. Ale nasi możnowładcy i galopujące ceny w kraju zadbały, żebyśmy nie doznali szoku odwiedzając Skandynawię. Bo oczywiście jest drożej, ale nie jest to 2 czy 3 razy drożej, jak niektórzy sądzą. W kawiarni możemy napić się kawy i zjeść bułeczkę z kardamonem za równowartość 30 zł, a w „fastfoodzie” można się najeść za 50 zł. Deser lodowy w TGI Fridays – 34 zł. Bardziej „wypasiony” obiad dla dwóch osób to będzie koszt od 150 zł. Za wstępy do muzeów zapłacimy od 15 do 80 zł za osobę, więc wcale nie tak drogo, a 24-godzinny bilet kolejowy między Malmó i Kopenhagą to koszt ok. 80 zł/osobę. Tak więc nerki nie musiałem sprzedawać, a udało się zobaczyć naprawdę dużo.
Gdybyście mieli jakieś pytania lub chcecie podzielić się swoimi odczuciami z Waszego pobytu w Szwecji to piszcie w komentarzach. A tym czasem, do następnej podróży!!!
Dolomity (i nie tylko) kamperem - sierpień 2026
Plan mieliśmy, nawet dwa, ale i tak trochę poddaliśmy się chwili i sporą część trasy zrobiliśmy spontanicznie, decydując po dr...
Popularne
-
Dzisiejszy post zacznę od tematu jedzenia, bo czuję, że może mnie ponieść i machnę taki elaborat, że na więcej nie będzie miejsca, ale posta...
-
Udało mi się z moim nastoletnim synem wyskoczyć na tzw. city break. To znaczy moja kochana Żona najpierw zasugerowała, żebyśmy sobie zrobili...
-
No i udało się... Bo nie było to takie oczywiste. Do roku 2020 nie przypuszczałem, że wyjazd zagraniczny na wakacje będzie wiązał się z czy...























