Plan mieliśmy, nawet dwa, ale i tak trochę poddaliśmy się chwili i sporą część trasy zrobiliśmy spontanicznie, decydując po drodze, gdzie spędzimy następną noc.
Przed wyjazdem sporo się naczytałem o podróżowaniu kamperem po północy Włoch. Jechaliśmy w najgorszym możliwym terminie – pierwsze dwa tygodnie sierpnia, kiedy duża część populacji rusza na wakacje.
Wszyscy zalecają rezerwację kempingów z dużym wyprzedzeniem, ale ja tak nie chciałem. Dla mnie cała idea podróży kamperem to właśnie spontaniczność i spędzenie każdej nocy w nowym miejscu, także – a może zwłaszcza – na dziko, co we Włoszech nie jest łatwe, co jednak nie oznacza, że jest niemożliwe.
Siłą rzeczy będę porównywał tę podróż z naszym pierwszym wyjazdem kamperem do Norwegii. Tam mnie właśnie zauroczyła możliwość nocowania praktycznie w dowolnym miejscu, o ile nie jest to teren prywatny. We Włoszech jest masa zakazów, a policja skrupulatnie wlepia mandaty.
Co więcej, moją intencją nie jest nikogo przekonywać do „kamperowania". Na pewno nie jest to dla każdego. Czy jest akurat dla Ciebie? Jeśli nie spróbujesz, to pewnie się nie dowiesz. Ale może moje historie pomogą Ci zdecydować, czy w ogóle chcesz spróbować.
A teraz po kolei: ruszyliśmy w sobotni ranek na południe – przez Czechy. Chciałem unikać autostrad, bo jazda kamperem z prędkością ponad 110 km/h jest zarówno mało komfortowa (hałas), jak i mało ekonomiczna. Poza tym mało miałem okazji zwiedzać dalsze rejony naszych sąsiadów. Pierwszy nocleg w miejscowości Hluboká nad Vltavou, pod Czeskimi Budziejowicami. Krótki spacer po zamkowym parku i ruszamy dalej.
Przez Austrię przejeżdżamy dość szybko, choć nie bez niespodzianek, bo na większym podjeździe (zresztą nie pierwszym) nagle sygnał dźwiękowy i kontrolka „check engine"… Co więcej, auto nie chce przyspieszać. No nie… Zjeżdżam na najbliższy parking i zgodnie z zaleceniem: sprawdzam silnik. Nadal jest na swoim miejscu – to chyba dobrze.
Nie za bardzo umiem cokolwiek więcej sam sprawdzić. Widzę, że temperatura w normie, poziom oleju też. Krótka konsultacja telefoniczna z właścicielem kampera i decyzja: jedziemy dalej. Na całe szczęście spadek mocy był chwilowy, albo to było tylko moje wrażenie, bo jak na podjeździe odpuściłem gaz, to trudno później takiego ponad 3-tonowego klocka rozbujać. Co więcej, po dwóch dniach (mimo że wcale nie miała łatwiej) kontrolka samoistnie zgasła! Uff.
Ogólnie jazda po włoskich Dolomitach to ciągłe serpentyny, strome zjazdy i podjazdy. Manewrowanie ponad 6-metrowym pojazdem (i tak dużo krótszym od 7,5-metrowego kampera, którym byliśmy w Norwegii) do najłatwiejszych nie należy. Nieskromnie dodam, że ja oczywiście radziłem sobie świetnie.Co do innych wyzwań takiej podróży, to na pewno trzeba pamiętać o ograniczonej przestrzeni. Siłą rzeczy musimy pomieścić na kilku metrach kwadratowych siebie, wszystkie rzeczy, a do tego jeszcze gotowanie, spanie, mycie się i korzystanie z toalety. Nowoczesne kampery mają świetnie zagospodarowany każdy zakamarek, ale trzeba być niezwykle zorganizowanym, żeby później znaleźć to, co potrzeba.
Nasz kampervan na bazie Fiata Ducato, choć – jak wspomniałem – nieco mniejszy od tego, którym zwiedzaliśmy Norwegię (dodam, że wtedy podróżowaliśmy we czwórkę plus pies; teraz nasza dorosła córka z nami nie pojechała), to po prostu dom na kołach.
Jest aneks kuchenny z kuchenką gazową, lodówką i zlewem, a także łazienka z toaletą, umywalką i prysznicem. Oczywiście wszystko dość kompaktowe i trzeba nieco wprawy i gibkości, żeby nie obijać się o siebie i ściany.
Trzeba też odpowiednio gospodarować zasobami wody, prądu i gazu. Toaleta generalnie powinna służyć tylko do sytuacji awaryjnych, bo tzw. kaseta dość szybko potrafi się zapełnić, a nie wszędzie możemy ją opróżnić (no i nie każdy lubi tę czynność).
Żeby wziąć prysznic, włączamy grzanie wody z odpowiednim wyprzedzeniem, no i nie ma mowy o kilkunastominutowym relaksacyjnym staniu pod deszczownicą. To bardziej przypomina krótkie akcje: moczymy ciało, mydlimy ciało, spłukujemy ciało. Pewnie dlatego większość preferuje kempingi, bo tam można się wykąpać w bardziej komfortowych warunkach.
Zasadniczo mieliśmy właśnie założenie, że prysznic będziemy brać tylko na kempingach, a stojąc „na dziko" lub na parkingach bez infrastruktury, umyjemy się specjalnymi mokrymi chusteczkami, których wzięliśmy spory zapas. Skończyło się na tym, że i tak korzystaliśmy z prysznica codziennie, a po prostu co kilka dni zrzucaliśmy tzw. szarą wodę i nabieraliśmy świeżej.
Wracając do trasy, na drugą noc (pierwszą w Dolomitach) celujemy nad jezioro Lago di Braies. Można tu legalnie nocować w pojeździe, ale myk jest taki, że trzeba wjechać na parking do godziny 16. Później zakładają bramownicę ograniczającą wysokość i kamperem nie wjedziesz. My byliśmy parę minut po czasie, ale w sezonie wyglądało na to, że wpuszczali nawet do 17. Udało się.
Dzięki temu mogliśmy podziwiać to wyjątkowe jezioro w dwóch odsłonach: wieczornej przy zachodzie słońca (choć tego dnia było pochmurno) i rano przy wschodzie słońca. A co najlepsze – bez tłumów, które zalewają to miejsce między 8 a 16.
Spokojny spacer dookoła jeziorka zajmuje jakieś 1,5 godziny i cieszę się, że je odwiedziliśmy, choć później widzieliśmy jeszcze co najmniej kilka innych lazurowo-turkusowych jezior, które wcale nie ustępowały temu instagramowemu miejscu.
Teraz planujemy noc na kempingu. Padło na Colfosco (tuż obok miejscowości Corvara) przy słynnym ośrodku narciarskim Alta Badia. Tu postanowiliśmy pozwiedzać okolicę na rowerach, które zabraliśmy ze sobą – Ewa na „elektryku", ja na gravelu.
Niestety dość szybko się przekonuję, dlaczego elektryczne rowery są tutaj tak popularne. Podjazdy są mordercze. Ale co, ja nie dam rady? Ewa znalazła niedaleko ciekawy kościółek, tylko kilka minut drogi. Szkoda, że nie sprawdziła, że te kilka minut jest cały czas pod górę… A końcówka o nachyleniu 15% o mało mnie nie zabiła. Dojechałem, ale na górze kilkanaście minut dochodziłem do siebie.
Podziwiam tych wszystkich harpaganów pokonujących te przełęcze na szosówkach. A każdego dnia mijaliśmy na bardzo wymagających podjazdach niezliczoną ilość rowerzystów w różnym wieku – SZACUN.
Kolejnego dnia mamy zabukowany wjazd pod Tre Cime di Lavaredo. Bilety, żeby wjechać na teren parku krajobrazowego, trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem i na konkretny dzień i godzinę, bo liczba miejsc jest mocno ograniczona. Na miejscu jest tylko automatyczny szlaban, który otwiera się po sczytaniu tablic rejestracyjnych. Koszt to 60 euro za 12 godzin (taka jest stawka dla kampera – osobówką zapłacisz 40 euro).
My wybraliśmy 5 rano, więc poprzedzającą noc spędzamy na specjalnym parkingu dla kamperów niedaleko jeziora Misurina. Swoją drogą, samo jeziorko trochę nas rozczarowało.
Pobudka o 4, poranna toaleta i śniadanie, żeby nie tracić czasu na górze. O 5:00 mijamy szlaban i pniemy się jeszcze po ciemku serpentynami kilka kilometrów. O 5:30, tuż przed wschodem słońca, ruszamy spod schroniska Rifugio Auronzo dookoła tego kultowego masywu na nasz pierwszy poważny trekking. Do pokonania ok. 10 km, co powinno zająć ok. 4 godzin. My zrobiliśmy sobie prawie godzinny postój przy górnym schronisku, więc do auta wróciliśmy po ok. 5 godzinach.
Dzięki stosunkowo niewielu stromym podejściom trasa jest bardzo przyjemna i dostępna nawet dla rodzin z młodszymi dziećmi. A widoki są spektakularne. Są dwie opcje obejścia: zgodnie ze wskazówkami zegarka lub odwrotnie. My polecamy tę drugą, czyli najpierw szlak 101, a na powrocie 105.
Teoretycznie moglibyśmy tu zostać dłużej, ale w słońcu robi się nieprzyjemnie gorąco. A tłumy zjeżdżające autokarami ułatwiają decyzję o ewakuacji. Więc tylko szybki obiadek i jedziemy dalej.
Cel to Passo Giau, czyli przełęcz z pięknymi widokami, będąca doskonałym punktem wypadowym na różne szlaki trekkingowe. To też jedno z nielicznych miejsc, gdzie legalnie i bezpłatnie można zaparkować i przenocować.
Ale żeby się tam dostać, musimy pokonać kolejny bardzo wymagający podjazd serpentynami. Ewa ma serdecznie dość. Nie chce patrzeć, zwłaszcza gdy mijam na łuku nad przepaścią inne pojazdy dosłownie na centymetry.
Na przełęczy wzdłuż drogi jest zaparkowanych mnóstwo aut osobowych. Na szczęście znajdujemy jedno miejsce idealne dla nas. To kolejna miejscówka z przepięknym widokiem. Pod wieczór większość samochodów odjeżdża, robi się cicho i spokojnie. Tylko do uszu dochodzi delikatna muzyka krowich dzwonków, tak typowa dla Tyrolu.
Nazajutrz planowaliśmy krótszy trekking, ale w ostatnim momencie zmiana planów – idziemy pod Cinque Torre. Wracamy tylko do auta po dodatkową butelkę wody i nieco więcej prowiantu, żebym nie umarł z głodu po drodze. Wyruszamy około 7 i teraz wiem, że było to co najmniej o godzinę za późno.
Nie chcąc wracać tą samą drogą, wybieramy dość wymagającą trasę, w niektórych momentach bardzo stromą. Na szczęście na tej części trasy jest sporo drzew, więc można było się ukryć przed palącym tego dnia słońcem. A zbliżało się już południe, zanim wróciliśmy do auta.
Tutaj muszę podkreślić, że zarówno nasz nastoletni syn, jak i 3-letnia cocker-spanielka Fibi bardzo dobrze znosili trudy tej trasy. Nie ukrywam, że ja i Ewa też poczuliśmy nieco zmęczenia tymi dwoma dniami trekkingu.
Zatem padła decyzja, że jedziemy zrelaksować się nad słynną Gardę. Najbliżej nam do Riva del Garda, czyli miejscowości na północy jeziora.
Ale najpierw trzeba zjechać z przełęczy Passo Giau. Myślałem, że to pikuś, że to podjazdy są problemem. Lecz tutaj to była naprawdę męczarnia. Zjazd jest ekstremalnie stromy i długi – do Canazei ok. 44 km – co zajmuje ponad godzinę. Średnie nachylenie wynosi ponad 9%, momentami sięga aż 14–15%. Na odcinku niecałych 10 km (najbardziej stromym fragmencie zjazdu) pokonujemy blisko 30 „agrafek". Trzeba uważać nie tylko na inne pojazdy, w tym motocyklistów i rowerzystów, ale może przede wszystkim na właściwą technikę hamowania silnikiem, żeby nie popalić hamulców (choć przy automatycznej skrzyni jest to nieco trudniejsze zadanie).
Podkreślę: Passo Giau leży na wysokości 2236 m, a wspomniana Canazei na ok. 1460 m n.p.m.
Tu już naprawdę były momenty, w których Ewa miała ochotę wyjść z auta i iść pieszo. Ewidentnie miała dość Dolomitów. Spoiler alert! Wróciliśmy tu po kilku dniach…
A teraz moja upragniona Garda. Od kilku lat próbowałem namówić Ewcię na wyjazd tutaj. Widziałem zdjęcia i nasłuchałem się historii – chciałem zobaczyć osobiście.
Północ jeziora, gdzie celowaliśmy, miała być spokojniejsza, chłodniejsza… Nic z tego…
Rozpieszczeni górskimi przyjemnymi temperaturami (ok. 15–20 w nocy, a w dzień max 28 stopni), upalna i zatłoczona Riva del Garda zrobiła na nas trochę słabe wrażenie.
Przy okazji, w Dolomitach bardzo rzadko słyszeliśmy język polski. Tutaj miałem wrażenie, że większość turystów to Polacy. Mimo wszystko chcieliśmy dać szansę i to było jedyne miejsce, gdzie spędziliśmy dwie noce.
Garda słynie z pięknych tras rowerowych, więc miałem znów okazję sprawdzić swoją kondycję. Legendarna Strada del Ponale, pnąca się po stromych, szutrowych ścieżkach wykutych w skalnych półkach nad zachodnim brzegiem jeziora, to jedna z najsłynniejszych i najbardziej widowiskowych tras rowerowo-pieszych w Europie. Zaczyna się tuż za miastem Riva del Garda i systematycznie pnie się w górę kanionu Ponale. Nachylenie jest umiarkowane (średnio 5–6%), ale stałe.
To był dla mnie odpowiedni poziom trudności – wymagający, bo uda i łydki czułem, ale tętno nie skakało do 180 bpm, a na górze nie umierałem. Oczywiście były po drodze przerwy – chciałbym powiedzieć, że tylko do podziwiania widoków, ale to nie byłaby do końca prawda.
A widoki zacne. Akurat w ten dzień nieco się zachmurzyło, co było dobre, bo słońce tak nie paliło, ale nie było efektu „wow" błękitnej tafli jeziora z perspektywy kilkudziesięciu metrów zawieszenia nad wodą.
Wyjeżdżając znad Gardy, odwiedzamy Parco Grotta Cascata Varone, czyli wodospad wewnątrz jaskini. Przy okazji zrobili tu mini ogród botaniczny. Zalecają płaszcz przeciwdeszczowy, bo wchodząc do jaskini na bank zmokniesz, ale biorąc pod uwagę wysokie temperatury, wcale nam to nie przeszkadzało.
Zaledwie parę kilometrów dalej zatrzymujemy się na chwilę przy Lago di Ledro – i nie mogę pojąć, czemu większość tak ciągnie nad Gardę, gdy to (moim skromnym zdaniem) ma więcej uroku.
Ale to nic w porównaniu z Lago d'Idro, które nas absolutnie zauroczyło. Zaledwie 40 kilometrów od Gardy, zachwyciło kolorem i spokojem. Oczywiście dużo mniejsze, co nie oznacza, że jest małe. Wzdłuż jeziora, tuż przy tafli, prowadzi ścieżka rowerowa, którą postanawiamy eksplorować.
Tutaj mała nauczka na przyszłość, żeby może sprawdzić trasę przed wyruszeniem… Ale co tam, lecimy na spontanie. Trasa piękna, super pogoda. Mijamy kolejne spokojne kempingi, zaglądając, jak ludzie „żyją" w kamperach, przyczepach i namiotach. Jedziemy i końca nie widać. Wreszcie docieramy do najdalszego punktu – przerwa na kawkę i lody, i decyzja: jedziemy dalej – wygląda, że da się okrążyć całe jezioro.
Cóż za niespodzianka, gdy przejechawszy prawie 25 km, widząc już praktycznie miejsce naszego postoju, droga się urywa… Niemożliwe… Sprawdzam (dopiero wtedy) internet i faktycznie: nie ma możliwości okrążenia jeziora. Zaledwie 3 km stromych skał uniemożliwiły nam pełną pętlę. Cóż. Musimy wrócić tą samą drogą. Czyli zamiast przewidzianych niecałych 30 km, będziemy musieli zrobić 50.
I wtedy Ewa, oślepiona przez zachodzące słońce (lub mój blask), zahacza kołem o krawężnik i ląduje na asfalcie. To silna dziewczyna, więc szybko się pozbierała, ale strachu było, no i trochę krwi i bólu też…
Mimo tego nieprzyjemnego incydentu zgodnie twierdzimy, że Lago d'Idro to wspaniałe miejsce na wypoczynek i gorąco polecamy.
Teraz się kierujemy do Tirano – włoskiego miasteczka tuż przy granicy ze Szwajcarią. To punkt startowy słynnego czerwonego pociągu Bernina Express i kultowej trasy kolejowej.
Bilety do najtańszych nie należą. Pierwotnie myślałem, że pojedziemy do St. Moritz i z powrotem. W pociągu Bernina Express z panoramicznymi oknami koszt takiego przejazdu dla jednej osoby to prawie 600 zł…
Możemy jednak sporo oszczędzić, jeśli wybierzemy na tej samej trasie pociąg regionalny (również czerwony). Różnica jest taka, że częściej się zatrzymuje oraz ma nieco mniejsze okna, ale za to otwierane, co jest na plus. Dodatkowo podczas ładnej pogody dołączają odkryty wagon „carrozza panoramica", który już w ogóle daje nam praktycznie nieograniczony widok. A cena jest znacznie niższa. Co więcej, na Bernina Express (ten droższy), który kursuje tylko kilka razy dziennie, nie było już wolnych miejsc lub dosłownie pojedyncze sztuki.
Regionalny kursuje mniej więcej co 40 minut i mimo że na stronie straszyli ograniczoną liczbą miejsc, było bardzo mało ludzi, a przypominam, że byliśmy w szczycie sezonu, dodatkowo w niedzielę o popularnej porze (10–11 rano).
Biorąc pod uwagę, że ostatecznie wybraliśmy trasę krótszą (do Ospizio Bernina – najwyższego punktu na trasie), która i tak trwała prawie 1,5 godziny w jedną stronę, zapłaciliśmy ok. 200 zł za osobę za całą podróż.
A wrażenia? Wyobraź sobie, że w ciągu trochę ponad godziny przenosisz się z nasłonecznionych, włoskich uliczek pełnych palm prosto w środek surowej, prawie arktycznej krainy! Właśnie to dzieje się na trasie z Tirano do Ospizio Bernina – absolutnej perełce z listy UNESCO, gdzie pociąg wspina się na gigantyczną wysokość bez żadnych zębatek, polegając wyłącznie na przyczepności kół do szyn.
Ta podróż to istny rollercoaster widokowy: najpierw kręcisz widowiskowe 360 stopni na słynnym spiralnym wiadukcie w Brusio, potem łapiesz idealny kadr na stacji Alp Grüm, skąd panorama na lodowiec Palü dosłownie zwala z nóg. Całość kończysz na wysokości aż 2253 m n.p.m. nad mlecznoturkusowym jeziorem Lago Bianco – gwarantuję, że od tych kontrastów i alpejskich pocztówek zbierzesz szczękę z podłogi!
Na górze temperatura nieco ponad 10 stopni, a na dole tego dnia grubo ponad 30, więc dość szybko uciekamy z Tirano w kierunku Livigno.
W aplikacji Park4night upatrzyliśmy sobie kemping, na którym się zatrzymamy, ale los miał inny plan – nie ma wolnych miejsc. Co więcej, w całym miasteczku jest 6 czy 7 kempingów – zjechaliśmy wszystkie i nie było ani jednego miejsca. Ani na dziś, ani na najbliższe dni.
Dodatkowo na większości parkingów są bardzo wyraźne zakazy parkowania w nocy lub biwakowania (NO CAMPING) – i tu jest pewne pole do manewru, ale dość ryzykowne. Generalnie biwakowanie oznacza, że wystawiasz stolik, krzesła lub rozkładasz markizę, a czasem nawet wystarczy otworzyć okno dachowe. Jeśli nie robisz żadnej z tych rzeczy, jest szansa, że nikt się nie przyczepi i nie dostaniesz mandatu. Szansa… nie gwarancja…
Na szczęście znajdujemy całkiem przyjemne miejsce bez zakazów, gdzie kilka innych kamperów już się ustawiło na nocleg, więc dołączamy.
Nazajutrz wjeżdżamy gondolą Carosello 3000 i robimy krótki, niezbyt wymagający trekking (całość niecałe 3 godziny) do punktu widokowego z panoramą na całą dolinę i miasteczko.
Fun fact: Livigno ma oficjalny status strefy wolnocłowej. Oznacza to, że sprzedawane tu produkty są całkowicie zwolnione z podatku VAT oraz wysokich podatków akcyzowych. Szczególnie jest to odczuwalne w cenie paliwa. Średnia cena ON na stacjach we Włoszech to 2,10–2,20 euro za litr, a tutaj 1,55 euro, więc warto tu dojechać „na oparach" i zatankować „pod korek".
Wracając w stronę Dolomitów, chcąc przynajmniej częściowo uniknąć serpentyn, wybieramy przejazd przez płatny tunel w Szwajcarii. Ciekawe doświadczenie (wręcz klaustrofobiczne), bo ten tunel długości 3,5 km jest bardzo wąski i niski, a ruch odbywa się jednym pasem. Koszt przejazdu: ok. 100 zł.
Później na trasie odwiedzamy bardzo ciekawe miasteczko Glorenza (niem. Glurns). Niby jesteśmy z powrotem we Włoszech, ale mam wrażenie, że jestem w Austrii lub Niemczech. I to jest chyba normalne dla całego Tyrolu. Dwujęzyczne nazwy miejscowości. Napisy na sklepach raz po niemiecku, raz po włosku.
Miasteczko przeurocze z pięknie zachowanym murem obronnym i cudnymi brukowanymi wąskimi uliczkami. Ale my nie zabawiamy tu za długo, bo chcemy tego dnia dojechać nieco bliżej Dolomitów i celujemy w Merano.
Kolejna nauczka dla nas na przyszłość (i może lekcja dla innych). Szukanie wolnych kempingów po 16 to kiepski pomysł – zwłaszcza w sezonie i w popularnych miejscach. Oddalamy się od miejscowości, licząc, że poza miastem będzie łatwiej. Koło Nals znaleźliśmy na mapie dość drogi kemping z wymagającym podjazdem. Próbuję się dodzwonić – na próżno. Decyzja – podjedziemy.
Przypominam: Ewa ma dość serpentyn, a i ja po całym dniu prowadzenia już bym odpoczął, a tu wspinamy się bardzo stromą i wąską drogą tylko po to, żeby zobaczyć karteczkę: brak miejsc.
Zjeżdżając, natrafiamy na tzw. camperstop. Nie jest to typowy kemping, ale miejsce wyłącznie dla kamperów. I co najważniejsze, jest sporo wolnych miejsc. Co ciekawe, okazało się to jednym z najlepszych płatnych miejsc, na jakie trafiliśmy. Czyściutkie prysznice i toalety, ładna trawka, przyłącze prądu i atrakcyjna cena (w sumie za kamper + 3 os. + pies zapłaciłem 37 euro, gdzie normalnie płaciliśmy 50–80 euro). Jedyny minus – po szóstej rano obudził nas wzmożony ruch i hałasy z pobliskiej budowy.
Jak już pisałem, wracamy w Dolomity, bo lekki niedosyt został. Choć całą tę podróż zwalczam w sobie FOMO, na które zwykle cierpiałem.
Dla wyjaśnienia: FOMO, z angielskiego „Fear of Missing Out", to lęk przed przeoczeniem czegoś i chęć doświadczenia wszystkiego… Już od jakiegoś czasu układam sobie w głowie, że nie da się wszystkiego zobaczyć, a próby osiągnięcia tego tylko skutkują frustracją. Więc staram się wdrażać sztukę umiaru, wierząc w ideę: „Less is more".
Akceptuję więc, że wszystkiego nie zobaczymy, ale dzięki temu zostaje pewien niedosyt i chęć powrotu w dany rejon w przyszłości.
No ale poniekąd wbrew tej myśli, ciśniemy na Lago di Fedaia pod Marmoladą…
Po drodze jeszcze krótka wizyta przy jeziorku Carezza, jednym z najsłynniejszych i najbardziej fotogenicznych jezior alpejskich w Dolomitach, zwanym również „Tęczowym". Na nasze nieszczęście w tym samym czasie pół kraju postanowiło odwiedzić to miejsce, więc dość szybko stąd uciekamy nad Fedaię.
Cały dzień i noc spędzamy nad tym turkusowym jeziorem z potężną tamą. Przed nami zazielenione wzgórza z pasącymi się owieczkami, które cicho pobekują i dzwonią dzwoneczkami. Za plecami majestatyczne klify, niektóre z resztkami lodowcowych czap, w tym królowa Dolomitów – wspomniana Marmolada.
Następnego dnia podjeżdżamy do Malga Ciapella, skąd kolejką wjeżdżamy na ten najwyższy masyw. W ciągu zaledwie 12 minut gondola wynosi nas z 1450 m na blisko 3300 m n.p.m.
Jesteśmy na dachu Dolomitów. Panorama jest spektakularna. Jest środek lata, a my chodzimy po lodowcu, gdzie śnieg chrupie pod stopami.
Na stacji pośredniej delektujemy się kawą i apfelstrudlem z widokiem za milion dolarów. Tak. Teraz możemy wracać.
Powoli kierujemy się w stronę domu. Tym razem pojedziemy bardziej „tradycyjną" trasą przez przełęcz Brenner i Innsbruck, ale żeby dojechać do autostrady, czeka nas jeszcze jedna przeprawa przez wymagające serpentyny. Oczywiście oberwało mi się od Ewy, bo „przecież musi być lepsza trasa", ale ja lepszej nie znalazłem (lub nie chciałem znaleźć…, ale nie mówcie tego Ewie).
W rezultacie przejeżdżamy przez przełęcz Passo Sella drogą uznawaną za jedną z najpiękniejszych tras widokowych w Europie. Mijamy Sassolungo, jeden z najbardziej ikonicznych i majestatycznych masywów górskich w Dolomitach, dominujący nad słynną doliną Val Gardena.
Ale Ewa tego nie docenia. Cały czas tylko zasłania dłońmi oczy i krzyczy: „Nie rozglądaj się! Uważaj! Wolniej!"
Sytuacja, że w tym miejscu jest masa innych pojazdów, a autokary wymijam na milimetry, nie pomaga. Chciałbym się choć na chwilę zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie lub nacieszyć się widokiem, ale nie ma gdzie. Na całej przełęczy nie było szczeliny nawet dla osobówki. Cóż, może innym razem (oczywiście Ewcia się zarzeka, że w życiu tu nie wróci kamperem… Zobaczymy…).
W końcu wpadamy na autostradę A22 i wszyscy mogą się nieco zrelaksować. Droga prowadzi przez dolinę Adygi, która jest wypełniona sadami. To istne jabłkowe imperium, a rzędy równiutkich i obwieszonych dojrzałymi owocami drzewek towarzyszą nam przez dziesiątki kilometrów.
Nasz ostatni punkt we Włoszech (też dość spontanicznie odkryty) to Vipiteno (niem. Sterzing). To urokliwe, alpejskie miasteczko tuż przy austriackiej granicy łączy w sobie włoski styl życia z tyrolską tradycją.
Akurat trafiliśmy na jedno z najważniejszych letnich wydarzeń w mieście – Festiwal Lampionów. W klimatycznych zakątkach miasta występują zespoły muzyczne, a uliczki wypełniają się stoiskami, na których lokalni kucharze serwują tradycyjne potrawy południowotyrolskie.
Dzięki temu mieliśmy z Ewą okazję spróbować Tirtlan – tradycyjne wiejskie danie przypominające wielkiego pieroga lub placek, ale z kruchego ciasta żytniego. Najpopularniejsze są ze szpinakiem lub w wersji słodkiej – z makiem i jabłkami – dla mnie petarda (choć wcześniej nie pomyślałbym o takim zestawieniu)!
Następnego dnia opuszczamy Włochy, ale wcale nam się nie spieszy do domu (no może poza Mateuszem – on już od dawna marzył o swoim łóżku, komputerze i nieograniczonym internecie – ehh, nastolatki).
Zatrzymujemy się przy cudnym jeziorze Achensee. Spędzamy tutaj cały dzień, relaksując się na brzegu i w wodzie (której temperatura jest całkiem przyjemna, ok. 21–23 stopnie – choć ponoć to rzadkość), oraz objeżdżając rowerami dużą część tego niemałego jeziora. Akwen ma przepiękne otoczenie i śliczny turkusowo-szmaragdowy odcień.
Bardzo popularne miejsce na różnego rodzaju sporty wodne, również nurkowanie, bo jezioro jest bardzo głębokie i niesamowicie czyste. Pierwszy raz pożałowałem, że nie mamy ze sobą np. SUPa.
Chcieliśmy tu zostać na noc, bo miałem opłacony parking na cały dzień (do północy), ale jeden z lokalnych nurków, z którym rozmawiałem, zdecydowanie to odradzał. Generalnie w całej Austrii obowiązuje zakaz biwakowania poza kempingami. Teoretycznie można próbować się tłumaczyć, że zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, żeby odpocząć, ale nie w Tyrolu. Tutejsi policjanci są nieugięci, a mandaty kosmiczne. Poczytałem na szybko w internecie i tylko potwierdziło to słowa nurka.
Ponieważ jesteśmy już blisko granicy niemieckiej, postanawiamy tam poszukać jakiegoś Stellplatz (miejsce postoju kamperów) lub po prostu parkingu bez widocznych zakazów. Ostatecznie wylądowaliśmy na specjalnym parkingu przy Bad Tölz, gdzie na legalu za zaledwie 6 euro spędziliśmy noc.
Rano krótki spacer po tym miasteczku i jedziemy w stronę Polski. Ponieważ przed nami ponad 9 godzin jazdy, postanawiam, że zrobimy przerwę na zwiedzanie Ratyzbony (Regensburg). Przy okazji pierwszy raz skorzystaliśmy z opcji „Park and Ride". Chodzi o parkingi oznaczone P+R zwykle na obrzeżach miasta, gdzie w ramach opłaty za parking mamy bilety komunikacji miejskiej.
Niecały kwadrans autobusem i jesteśmy w centrum najlepiej zachowanego średniowiecznego miasta w Niemczech. Ponieważ starówka została praktycznie nietknięta podczas II wojny światowej, możemy zobaczyć autentyczną architekturę z bardzo wąskimi uliczkami, tak rzadkimi we współczesnych dużych miastach. Przeszliśmy się XII-wiecznym kamiennym mostem nad Dunajem i spróbowaliśmy przepysznego Bratwurstsemmel (rodzaj hot-doga z kiełbaską, musztardą i kiszoną kapustą) z Historische Wurstküche, która według wielu źródeł jest najstarszą nieprzerwanie działającą jadłodajnią na świecie.
Spędzamy tu kilka godzin, po czym już bez dłuższych przerw jedziemy do domu.
Czas na krótkie podsumowanie. W ciągu dwóch tygodni przejechaliśmy ok. 2700 km. Na paliwo wydałem w sumie ok. 2100 zł. Kempingi i parkingi (również te w ciągu dnia) kosztowały nas niecałe 1900 zł (cztery noce spędziliśmy na dziko – za darmo). Do tego winiety i inne opłaty drogowe: ok. 340 zł. Wydatków na atrakcje i jedzenie nie podaję, bo to bardzo indywidualna kwestia (ceny niektórych atrakcji podawałem w tekście).
Na pewno znaczącym kosztem jest wynajem kampera – my w tym roku wypożyczyliśmy od znajomego po bardzo preferencyjnej stawce – dziękujemy, Marcinie, za zaufanie i wszelką pomoc.
Ciekawy jestem, czy ci z Was, którzy nigdy nie byli na takich wakacjach, chcieliby spróbować, czy jednak mój opis skutecznie Was zniechęcił? Jeśli tak, to przepraszam. Ja wiem na pewno, że jeszcze nie raz będę chciał w ten sposób podróżować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz