niedziela, 23 sierpnia 2026

Dolomity (i nie tylko) kamperem - sierpień 2026

 

Plan mieliśmy, nawet dwa, ale i tak trochę poddaliśmy się chwili i sporą część trasy zrobiliśmy spontanicznie, decydując po drodze, gdzie spędzimy następną noc.

Przed wyjazdem sporo się naczytałem o podróżowaniu kamperem po północy Włoch. Jechaliśmy w najgorszym możliwym terminie – pierwsze dwa tygodnie sierpnia, kiedy duża część populacji rusza na wakacje.

Wszyscy zalecają rezerwację kempingów z dużym wyprzedzeniem, ale ja tak nie chciałem. Dla mnie cała idea podróży kamperem to właśnie spontaniczność i spędzenie każdej nocy w nowym miejscu, także – a może zwłaszcza – na dziko, co we Włoszech nie jest łatwe, co jednak nie oznacza, że jest niemożliwe.

Siłą rzeczy będę porównywał tę podróż z naszym pierwszym wyjazdem kamperem do Norwegii. Tam mnie właśnie zauroczyła możliwość nocowania praktycznie w dowolnym miejscu, o ile nie jest to teren prywatny. We Włoszech jest masa zakazów, a policja skrupulatnie wlepia mandaty.

Co więcej, moją intencją nie jest nikogo przekonywać do „kamperowania". Na pewno nie jest to dla każdego. Czy jest akurat dla Ciebie? Jeśli nie spróbujesz, to pewnie się nie dowiesz. Ale może moje historie pomogą Ci zdecydować, czy w ogóle chcesz spróbować.

A teraz po kolei: ruszyliśmy w sobotni ranek na południe – przez Czechy. Chciałem unikać autostrad, bo jazda kamperem z prędkością ponad 110 km/h jest zarówno mało komfortowa (hałas), jak i mało ekonomiczna. Poza tym mało miałem okazji zwiedzać dalsze rejony naszych sąsiadów. Pierwszy nocleg w miejscowości Hluboká nad Vltavou, pod Czeskimi Budziejowicami. Krótki spacer po zamkowym parku i ruszamy dalej.

Przez Austrię przejeżdżamy dość szybko, choć nie bez niespodzianek, bo na większym podjeździe (zresztą nie pierwszym) nagle sygnał dźwiękowy i kontrolka „check engine"… Co więcej, auto nie chce przyspieszać. No nie… Zjeżdżam na najbliższy parking i zgodnie z zaleceniem: sprawdzam silnik. Nadal jest na swoim miejscu – to chyba dobrze.

Nie za bardzo umiem cokolwiek więcej sam sprawdzić. Widzę, że temperatura w normie, poziom oleju też. Krótka konsultacja telefoniczna z właścicielem kampera i decyzja: jedziemy dalej. Na całe szczęście spadek mocy był chwilowy, albo to było tylko moje wrażenie, bo jak na podjeździe odpuściłem gaz, to trudno później takiego ponad 3-tonowego klocka rozbujać. Co więcej, po dwóch dniach (mimo że wcale nie miała łatwiej) kontrolka samoistnie zgasła! Uff.

Ogólnie jazda po włoskich Dolomitach to ciągłe serpentyny, strome zjazdy i podjazdy. Manewrowanie ponad 6-metrowym pojazdem (i tak dużo krótszym od 7,5-metrowego kampera, którym byliśmy w Norwegii) do najłatwiejszych nie należy. Nieskromnie dodam, że ja oczywiście radziłem sobie świetnie.

Co do innych wyzwań takiej podróży, to na pewno trzeba pamiętać o ograniczonej przestrzeni. Siłą rzeczy musimy pomieścić na kilku metrach kwadratowych siebie, wszystkie rzeczy, a do tego jeszcze gotowanie, spanie, mycie się i korzystanie z toalety. Nowoczesne kampery mają świetnie zagospodarowany każdy zakamarek, ale trzeba być niezwykle zorganizowanym, żeby później znaleźć to, co potrzeba.

Nasz kampervan na bazie Fiata Ducato, choć – jak wspomniałem – nieco mniejszy od tego, którym zwiedzaliśmy Norwegię (dodam, że wtedy podróżowaliśmy we czwórkę plus pies; teraz nasza dorosła córka z nami nie pojechała), to po prostu dom na kołach.

Jest aneks kuchenny z kuchenką gazową, lodówką i zlewem, a także łazienka z toaletą, umywalką i prysznicem. Oczywiście wszystko dość kompaktowe i trzeba nieco wprawy i gibkości, żeby nie obijać się o siebie i ściany.

Trzeba też odpowiednio gospodarować zasobami wody, prądu i gazu. Toaleta generalnie powinna służyć tylko do sytuacji awaryjnych, bo tzw. kaseta dość szybko potrafi się zapełnić, a nie wszędzie możemy ją opróżnić (no i nie każdy lubi tę czynność).

Żeby wziąć prysznic, włączamy grzanie wody z odpowiednim wyprzedzeniem, no i nie ma mowy o kilkunastominutowym relaksacyjnym staniu pod deszczownicą. To bardziej przypomina krótkie akcje: moczymy ciało, mydlimy ciało, spłukujemy ciało. Pewnie dlatego większość preferuje kempingi, bo tam można się wykąpać w bardziej komfortowych warunkach.

Zasadniczo mieliśmy właśnie założenie, że prysznic będziemy brać tylko na kempingach, a stojąc „na dziko" lub na parkingach bez infrastruktury, umyjemy się specjalnymi mokrymi chusteczkami, których wzięliśmy spory zapas. Skończyło się na tym, że i tak korzystaliśmy z prysznica codziennie, a po prostu co kilka dni zrzucaliśmy tzw. szarą wodę i nabieraliśmy świeżej.

Wracając do trasy, na drugą noc (pierwszą w Dolomitach) celujemy nad jezioro Lago di Braies. Można tu legalnie nocować w pojeździe, ale myk jest taki, że trzeba wjechać na parking do godziny 16. Później zakładają bramownicę ograniczającą wysokość i kamperem nie wjedziesz. My byliśmy parę minut po czasie, ale w sezonie wyglądało na to, że wpuszczali nawet do 17. Udało się.

Dzięki temu mogliśmy podziwiać to wyjątkowe jezioro w dwóch odsłonach: wieczornej przy zachodzie słońca (choć tego dnia było pochmurno) i rano przy wschodzie słońca. A co najlepsze – bez tłumów, które zalewają to miejsce między 8 a 16.

Spokojny spacer dookoła jeziorka zajmuje jakieś 1,5 godziny i cieszę się, że je odwiedziliśmy, choć później widzieliśmy jeszcze co najmniej kilka innych lazurowo-turkusowych jezior, które wcale nie ustępowały temu instagramowemu miejscu.

Teraz planujemy noc na kempingu. Padło na Colfosco (tuż obok miejscowości Corvara) przy słynnym ośrodku narciarskim Alta Badia. Tu postanowiliśmy pozwiedzać okolicę na rowerach, które zabraliśmy ze sobą – Ewa na „elektryku", ja na gravelu.

Niestety dość szybko się przekonuję, dlaczego elektryczne rowery są tutaj tak popularne. Podjazdy są mordercze. Ale co, ja nie dam rady? Ewa znalazła niedaleko ciekawy kościółek, tylko kilka minut drogi. Szkoda, że nie sprawdziła, że te kilka minut jest cały czas pod górę… A końcówka o nachyleniu 15% o mało mnie nie zabiła. Dojechałem, ale na górze kilkanaście minut dochodziłem do siebie.

Podziwiam tych wszystkich harpaganów pokonujących te przełęcze na szosówkach. A każdego dnia mijaliśmy na bardzo wymagających podjazdach niezliczoną ilość rowerzystów w różnym wieku – SZACUN.

Kolejnego dnia mamy zabukowany wjazd pod Tre Cime di Lavaredo. Bilety, żeby wjechać na teren parku krajobrazowego, trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem i na konkretny dzień i godzinę, bo liczba miejsc jest mocno ograniczona. Na miejscu jest tylko automatyczny szlaban, który otwiera się po sczytaniu tablic rejestracyjnych. Koszt to 60 euro za 12 godzin (taka jest stawka dla kampera – osobówką zapłacisz 40 euro).

My wybraliśmy 5 rano, więc poprzedzającą noc spędzamy na specjalnym parkingu dla kamperów niedaleko jeziora Misurina. Swoją drogą, samo jeziorko trochę nas rozczarowało.

Pobudka o 4, poranna toaleta i śniadanie, żeby nie tracić czasu na górze. O 5:00 mijamy szlaban i pniemy się jeszcze po ciemku serpentynami kilka kilometrów. O 5:30, tuż przed wschodem słońca, ruszamy spod schroniska Rifugio Auronzo dookoła tego kultowego masywu na nasz pierwszy poważny trekking. Do pokonania ok. 10 km, co powinno zająć ok. 4 godzin. My zrobiliśmy sobie prawie godzinny postój przy górnym schronisku, więc do auta wróciliśmy po ok. 5 godzinach.

Dzięki stosunkowo niewielu stromym podejściom trasa jest bardzo przyjemna i dostępna nawet dla rodzin z młodszymi dziećmi. A widoki są spektakularne. Są dwie opcje obejścia: zgodnie ze wskazówkami zegarka lub odwrotnie. My polecamy tę drugą, czyli najpierw szlak 101, a na powrocie 105.

Teoretycznie moglibyśmy tu zostać dłużej, ale w słońcu robi się nieprzyjemnie gorąco. A tłumy zjeżdżające autokarami ułatwiają decyzję o ewakuacji. Więc tylko szybki obiadek i jedziemy dalej.

Cel to Passo Giau, czyli przełęcz z pięknymi widokami, będąca doskonałym punktem wypadowym na różne szlaki trekkingowe. To też jedno z nielicznych miejsc, gdzie legalnie i bezpłatnie można zaparkować i przenocować.

Ale żeby się tam dostać, musimy pokonać kolejny bardzo wymagający podjazd serpentynami. Ewa ma serdecznie dość. Nie chce patrzeć, zwłaszcza gdy mijam na łuku nad przepaścią inne pojazdy dosłownie na centymetry.

Na przełęczy wzdłuż drogi jest zaparkowanych mnóstwo aut osobowych. Na szczęście znajdujemy jedno miejsce idealne dla nas. To kolejna miejscówka z przepięknym widokiem. Pod wieczór większość samochodów odjeżdża, robi się cicho i spokojnie. Tylko do uszu dochodzi delikatna muzyka krowich dzwonków, tak typowa dla Tyrolu.

Nazajutrz planowaliśmy krótszy trekking, ale w ostatnim momencie zmiana planów – idziemy pod Cinque Torre. Wracamy tylko do auta po dodatkową butelkę wody i nieco więcej prowiantu, żebym nie umarł z głodu po drodze. Wyruszamy około 7 i teraz wiem, że było to co najmniej o godzinę za późno.

Nie chcąc wracać tą samą drogą, wybieramy dość wymagającą trasę, w niektórych momentach bardzo stromą. Na szczęście na tej części trasy jest sporo drzew, więc można było się ukryć przed palącym tego dnia słońcem. A zbliżało się już południe, zanim wróciliśmy do auta.

Tutaj muszę podkreślić, że zarówno nasz nastoletni syn, jak i 3-letnia cocker-spanielka Fibi bardzo dobrze znosili trudy tej trasy. Nie ukrywam, że ja i Ewa też poczuliśmy nieco zmęczenia tymi dwoma dniami trekkingu.

Zatem padła decyzja, że jedziemy zrelaksować się nad słynną Gardę. Najbliżej nam do Riva del Garda, czyli miejscowości na północy jeziora.

Ale najpierw trzeba zjechać z przełęczy Passo Giau. Myślałem, że to pikuś, że to podjazdy są problemem. Lecz tutaj to była naprawdę męczarnia. Zjazd jest ekstremalnie stromy i długi – do Canazei ok. 44 km – co zajmuje ponad godzinę. Średnie nachylenie wynosi ponad 9%, momentami sięga aż 14–15%. Na odcinku niecałych 10 km (najbardziej stromym fragmencie zjazdu) pokonujemy blisko 30 „agrafek". Trzeba uważać nie tylko na inne pojazdy, w tym motocyklistów i rowerzystów, ale może przede wszystkim na właściwą technikę hamowania silnikiem, żeby nie popalić hamulców (choć przy automatycznej skrzyni jest to nieco trudniejsze zadanie).

Podkreślę: Passo Giau leży na wysokości 2236 m, a wspomniana Canazei na ok. 1460 m n.p.m.

Tu już naprawdę były momenty, w których Ewa miała ochotę wyjść z auta i iść pieszo. Ewidentnie miała dość Dolomitów. Spoiler alert! Wróciliśmy tu po kilku dniach…

A teraz moja upragniona Garda. Od kilku lat próbowałem namówić Ewcię na wyjazd tutaj. Widziałem zdjęcia i nasłuchałem się historii – chciałem zobaczyć osobiście.

Północ jeziora, gdzie celowaliśmy, miała być spokojniejsza, chłodniejsza… Nic z tego…

Rozpieszczeni górskimi przyjemnymi temperaturami (ok. 15–20 w nocy, a w dzień max 28 stopni), upalna i zatłoczona Riva del Garda zrobiła na nas trochę słabe wrażenie.

Przy okazji, w Dolomitach bardzo rzadko słyszeliśmy język polski. Tutaj miałem wrażenie, że większość turystów to Polacy. Mimo wszystko chcieliśmy dać szansę i to było jedyne miejsce, gdzie spędziliśmy dwie noce.

Garda słynie z pięknych tras rowerowych, więc miałem znów okazję sprawdzić swoją kondycję. Legendarna Strada del Ponale, pnąca się po stromych, szutrowych ścieżkach wykutych w skalnych półkach nad zachodnim brzegiem jeziora, to jedna z najsłynniejszych i najbardziej widowiskowych tras rowerowo-pieszych w Europie. Zaczyna się tuż za miastem Riva del Garda i systematycznie pnie się w górę kanionu Ponale. Nachylenie jest umiarkowane (średnio 5–6%), ale stałe.

To był dla mnie odpowiedni poziom trudności – wymagający, bo uda i łydki czułem, ale tętno nie skakało do 180 bpm, a na górze nie umierałem. Oczywiście były po drodze przerwy – chciałbym powiedzieć, że tylko do podziwiania widoków, ale to nie byłaby do końca prawda.

A widoki zacne. Akurat w ten dzień nieco się zachmurzyło, co było dobre, bo słońce tak nie paliło, ale nie było efektu „wow" błękitnej tafli jeziora z perspektywy kilkudziesięciu metrów zawieszenia nad wodą.

Wyjeżdżając znad Gardy, odwiedzamy Parco Grotta Cascata Varone, czyli wodospad wewnątrz jaskini. Przy okazji zrobili tu mini ogród botaniczny. Zalecają płaszcz przeciwdeszczowy, bo wchodząc do jaskini na bank zmokniesz, ale biorąc pod uwagę wysokie temperatury, wcale nam to nie przeszkadzało.

Zaledwie parę kilometrów dalej zatrzymujemy się na chwilę przy Lago di Ledro – i nie mogę pojąć, czemu większość tak ciągnie nad Gardę, gdy to (moim skromnym zdaniem) ma więcej uroku.

Ale to nic w porównaniu z Lago d'Idro, które nas absolutnie zauroczyło. Zaledwie 40 kilometrów od Gardy, zachwyciło kolorem i spokojem. Oczywiście dużo mniejsze, co nie oznacza, że jest małe. Wzdłuż jeziora, tuż przy tafli, prowadzi ścieżka rowerowa, którą postanawiamy eksplorować.

Tutaj mała nauczka na przyszłość, żeby może sprawdzić trasę przed wyruszeniem… Ale co tam, lecimy na spontanie. Trasa piękna, super pogoda. Mijamy kolejne spokojne kempingi, zaglądając, jak ludzie „żyją" w kamperach, przyczepach i namiotach. Jedziemy i końca nie widać. Wreszcie docieramy do najdalszego punktu – przerwa na kawkę i lody, i decyzja: jedziemy dalej – wygląda, że da się okrążyć całe jezioro.

Cóż za niespodzianka, gdy przejechawszy prawie 25 km, widząc już praktycznie miejsce naszego postoju, droga się urywa… Niemożliwe… Sprawdzam (dopiero wtedy) internet i faktycznie: nie ma możliwości okrążenia jeziora. Zaledwie 3 km stromych skał uniemożliwiły nam pełną pętlę. Cóż. Musimy wrócić tą samą drogą. Czyli zamiast przewidzianych niecałych 30 km, będziemy musieli zrobić 50.

I wtedy Ewa, oślepiona przez zachodzące słońce (lub mój blask), zahacza kołem o krawężnik i ląduje na asfalcie. To silna dziewczyna, więc szybko się pozbierała, ale strachu było, no i trochę krwi i bólu też…

Mimo tego nieprzyjemnego incydentu zgodnie twierdzimy, że Lago d'Idro to wspaniałe miejsce na wypoczynek i gorąco polecamy.

Teraz się kierujemy do Tirano – włoskiego miasteczka tuż przy granicy ze Szwajcarią. To punkt startowy słynnego czerwonego pociągu Bernina Express i kultowej trasy kolejowej.

Bilety do najtańszych nie należą. Pierwotnie myślałem, że pojedziemy do St. Moritz i z powrotem. W pociągu Bernina Express z panoramicznymi oknami koszt takiego przejazdu dla jednej osoby to prawie 600 zł…

Możemy jednak sporo oszczędzić, jeśli wybierzemy na tej samej trasie pociąg regionalny (również czerwony). Różnica jest taka, że częściej się zatrzymuje oraz ma nieco mniejsze okna, ale za to otwierane, co jest na plus. Dodatkowo podczas ładnej pogody dołączają odkryty wagon „carrozza panoramica", który już w ogóle daje nam praktycznie nieograniczony widok. A cena jest znacznie niższa. Co więcej, na Bernina Express (ten droższy), który kursuje tylko kilka razy dziennie, nie było już wolnych miejsc lub dosłownie pojedyncze sztuki.

Regionalny kursuje mniej więcej co 40 minut i mimo że na stronie straszyli ograniczoną liczbą miejsc, było bardzo mało ludzi, a przypominam, że byliśmy w szczycie sezonu, dodatkowo w niedzielę o popularnej porze (10–11 rano).

Biorąc pod uwagę, że ostatecznie wybraliśmy trasę krótszą (do Ospizio Bernina – najwyższego punktu na trasie), która i tak trwała prawie 1,5 godziny w jedną stronę, zapłaciliśmy ok. 200 zł za osobę za całą podróż.

A wrażenia? Wyobraź sobie, że w ciągu trochę ponad godziny przenosisz się z nasłonecznionych, włoskich uliczek pełnych palm prosto w środek surowej, prawie arktycznej krainy! Właśnie to dzieje się na trasie z Tirano do Ospizio Bernina – absolutnej perełce z listy UNESCO, gdzie pociąg wspina się na gigantyczną wysokość bez żadnych zębatek, polegając wyłącznie na przyczepności kół do szyn.

Ta podróż to istny rollercoaster widokowy: najpierw kręcisz widowiskowe 360 stopni na słynnym spiralnym wiadukcie w Brusio, potem łapiesz idealny kadr na stacji Alp Grüm, skąd panorama na lodowiec Palü dosłownie zwala z nóg. Całość kończysz na wysokości aż 2253 m n.p.m. nad mlecznoturkusowym jeziorem Lago Bianco – gwarantuję, że od tych kontrastów i alpejskich pocztówek zbierzesz szczękę z podłogi!

Na górze temperatura nieco ponad 10 stopni, a na dole tego dnia grubo ponad 30, więc dość szybko uciekamy z Tirano w kierunku Livigno.

W aplikacji Park4night upatrzyliśmy sobie kemping, na którym się zatrzymamy, ale los miał inny plan – nie ma wolnych miejsc. Co więcej, w całym miasteczku jest 6 czy 7 kempingów – zjechaliśmy wszystkie i nie było ani jednego miejsca. Ani na dziś, ani na najbliższe dni.

Dodatkowo na większości parkingów są bardzo wyraźne zakazy parkowania w nocy lub biwakowania (NO CAMPING) – i tu jest pewne pole do manewru, ale dość ryzykowne. Generalnie biwakowanie oznacza, że wystawiasz stolik, krzesła lub rozkładasz markizę, a czasem nawet wystarczy otworzyć okno dachowe. Jeśli nie robisz żadnej z tych rzeczy, jest szansa, że nikt się nie przyczepi i nie dostaniesz mandatu. Szansa… nie gwarancja…

Na szczęście znajdujemy całkiem przyjemne miejsce bez zakazów, gdzie kilka innych kamperów już się ustawiło na nocleg, więc dołączamy.

Nazajutrz wjeżdżamy gondolą Carosello 3000 i robimy krótki, niezbyt wymagający trekking (całość niecałe 3 godziny) do punktu widokowego z panoramą na całą dolinę i miasteczko.

Fun fact: Livigno ma oficjalny status strefy wolnocłowej. Oznacza to, że sprzedawane tu produkty są całkowicie zwolnione z podatku VAT oraz wysokich podatków akcyzowych. Szczególnie jest to odczuwalne w cenie paliwa. Średnia cena ON na stacjach we Włoszech to 2,10–2,20 euro za litr, a tutaj 1,55 euro, więc warto tu dojechać „na oparach" i zatankować „pod korek".

Wracając w stronę Dolomitów, chcąc przynajmniej częściowo uniknąć serpentyn, wybieramy przejazd przez płatny tunel w Szwajcarii. Ciekawe doświadczenie (wręcz klaustrofobiczne), bo ten tunel długości 3,5 km jest bardzo wąski i niski, a ruch odbywa się jednym pasem. Koszt przejazdu: ok. 100 zł.

Później na trasie odwiedzamy bardzo ciekawe miasteczko Glorenza (niem. Glurns). Niby jesteśmy z powrotem we Włoszech, ale mam wrażenie, że jestem w Austrii lub Niemczech. I to jest chyba normalne dla całego Tyrolu. Dwujęzyczne nazwy miejscowości. Napisy na sklepach raz po niemiecku, raz po włosku.

Miasteczko przeurocze z pięknie zachowanym murem obronnym i cudnymi brukowanymi wąskimi uliczkami. Ale my nie zabawiamy tu za długo, bo chcemy tego dnia dojechać nieco bliżej Dolomitów i celujemy w Merano.

Kolejna nauczka dla nas na przyszłość (i może lekcja dla innych). Szukanie wolnych kempingów po 16 to kiepski pomysł – zwłaszcza w sezonie i w popularnych miejscach. Oddalamy się od miejscowości, licząc, że poza miastem będzie łatwiej. Koło Nals znaleźliśmy na mapie dość drogi kemping z wymagającym podjazdem. Próbuję się dodzwonić – na próżno. Decyzja – podjedziemy.

Przypominam: Ewa ma dość serpentyn, a i ja po całym dniu prowadzenia już bym odpoczął, a tu wspinamy się bardzo stromą i wąską drogą tylko po to, żeby zobaczyć karteczkę: brak miejsc.

Zjeżdżając, natrafiamy na tzw. camperstop. Nie jest to typowy kemping, ale miejsce wyłącznie dla kamperów. I co najważniejsze, jest sporo wolnych miejsc. Co ciekawe, okazało się to jednym z najlepszych płatnych miejsc, na jakie trafiliśmy. Czyściutkie prysznice i toalety, ładna trawka, przyłącze prądu i atrakcyjna cena (w sumie za kamper + 3 os. + pies zapłaciłem 37 euro, gdzie normalnie płaciliśmy 50–80 euro). Jedyny minus – po szóstej rano obudził nas wzmożony ruch i hałasy z pobliskiej budowy.

Jak już pisałem, wracamy w Dolomity, bo lekki niedosyt został. Choć całą tę podróż zwalczam w sobie FOMO, na które zwykle cierpiałem.

Dla wyjaśnienia: FOMO, z angielskiego „Fear of Missing Out", to lęk przed przeoczeniem czegoś i chęć doświadczenia wszystkiego… Już od jakiegoś czasu układam sobie w głowie, że nie da się wszystkiego zobaczyć, a próby osiągnięcia tego tylko skutkują frustracją. Więc staram się wdrażać sztukę umiaru, wierząc w ideę: „Less is more".

Akceptuję więc, że wszystkiego nie zobaczymy, ale dzięki temu zostaje pewien niedosyt i chęć powrotu w dany rejon w przyszłości.

No ale poniekąd wbrew tej myśli, ciśniemy na Lago di Fedaia pod Marmoladą…

Po drodze jeszcze krótka wizyta przy jeziorku Carezza, jednym z najsłynniejszych i najbardziej fotogenicznych jezior alpejskich w Dolomitach, zwanym również „Tęczowym". Na nasze nieszczęście w tym samym czasie pół kraju postanowiło odwiedzić to miejsce, więc dość szybko stąd uciekamy nad Fedaię.

Cały dzień i noc spędzamy nad tym turkusowym jeziorem z potężną tamą. Przed nami zazielenione wzgórza z pasącymi się owieczkami, które cicho pobekują i dzwonią dzwoneczkami. Za plecami majestatyczne klify, niektóre z resztkami lodowcowych czap, w tym królowa Dolomitów – wspomniana Marmolada.

Następnego dnia podjeżdżamy do Malga Ciapella, skąd kolejką wjeżdżamy na ten najwyższy masyw. W ciągu zaledwie 12 minut gondola wynosi nas z 1450 m na blisko 3300 m n.p.m.

Jesteśmy na dachu Dolomitów. Panorama jest spektakularna. Jest środek lata, a my chodzimy po lodowcu, gdzie śnieg chrupie pod stopami.

Na stacji pośredniej delektujemy się kawą i apfelstrudlem z widokiem za milion dolarów. Tak. Teraz możemy wracać.

Powoli kierujemy się w stronę domu. Tym razem pojedziemy bardziej „tradycyjną" trasą przez przełęcz Brenner i Innsbruck, ale żeby dojechać do autostrady, czeka nas jeszcze jedna przeprawa przez wymagające serpentyny. Oczywiście oberwało mi się od Ewy, bo „przecież musi być lepsza trasa", ale ja lepszej nie znalazłem (lub nie chciałem znaleźć…, ale nie mówcie tego Ewie).

W rezultacie przejeżdżamy przez przełęcz Passo Sella drogą uznawaną za jedną z najpiękniejszych tras widokowych w Europie. Mijamy Sassolungo, jeden z najbardziej ikonicznych i majestatycznych masywów górskich w Dolomitach, dominujący nad słynną doliną Val Gardena.

Ale Ewa tego nie docenia. Cały czas tylko zasłania dłońmi oczy i krzyczy: „Nie rozglądaj się! Uważaj! Wolniej!"

Sytuacja, że w tym miejscu jest masa innych pojazdów, a autokary wymijam na milimetry, nie pomaga. Chciałbym się choć na chwilę zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie lub nacieszyć się widokiem, ale nie ma gdzie. Na całej przełęczy nie było szczeliny nawet dla osobówki. Cóż, może innym razem (oczywiście Ewcia się zarzeka, że w życiu tu nie wróci kamperem… Zobaczymy…).

W końcu wpadamy na autostradę A22 i wszyscy mogą się nieco zrelaksować. Droga prowadzi przez dolinę Adygi, która jest wypełniona sadami. To istne jabłkowe imperium, a rzędy równiutkich i obwieszonych dojrzałymi owocami drzewek towarzyszą nam przez dziesiątki kilometrów.

Nasz ostatni punkt we Włoszech (też dość spontanicznie odkryty) to Vipiteno (niem. Sterzing). To urokliwe, alpejskie miasteczko tuż przy austriackiej granicy łączy w sobie włoski styl życia z tyrolską tradycją.

Akurat trafiliśmy na jedno z najważniejszych letnich wydarzeń w mieście – Festiwal Lampionów. W klimatycznych zakątkach miasta występują zespoły muzyczne, a uliczki wypełniają się stoiskami, na których lokalni kucharze serwują tradycyjne potrawy południowotyrolskie.

Dzięki temu mieliśmy z Ewą okazję spróbować Tirtlan – tradycyjne wiejskie danie przypominające wielkiego pieroga lub placek, ale z kruchego ciasta żytniego. Najpopularniejsze są ze szpinakiem lub w wersji słodkiej – z makiem i jabłkami – dla mnie petarda (choć wcześniej nie pomyślałbym o takim zestawieniu)!

Następnego dnia opuszczamy Włochy, ale wcale nam się nie spieszy do domu (no może poza Mateuszem – on już od dawna marzył o swoim łóżku, komputerze i nieograniczonym internecie – ehh, nastolatki).

Zatrzymujemy się przy cudnym jeziorze Achensee. Spędzamy tutaj cały dzień, relaksując się na brzegu i w wodzie (której temperatura jest całkiem przyjemna, ok. 21–23 stopnie – choć ponoć to rzadkość), oraz objeżdżając rowerami dużą część tego niemałego jeziora. Akwen ma przepiękne otoczenie i śliczny turkusowo-szmaragdowy odcień.

Bardzo popularne miejsce na różnego rodzaju sporty wodne, również nurkowanie, bo jezioro jest bardzo głębokie i niesamowicie czyste. Pierwszy raz pożałowałem, że nie mamy ze sobą np. SUPa.

Chcieliśmy tu zostać na noc, bo miałem opłacony parking na cały dzień (do północy), ale jeden z lokalnych nurków, z którym rozmawiałem, zdecydowanie to odradzał. Generalnie w całej Austrii obowiązuje zakaz biwakowania poza kempingami. Teoretycznie można próbować się tłumaczyć, że zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, żeby odpocząć, ale nie w Tyrolu. Tutejsi policjanci są nieugięci, a mandaty kosmiczne. Poczytałem na szybko w internecie i tylko potwierdziło to słowa nurka.

Ponieważ jesteśmy już blisko granicy niemieckiej, postanawiamy tam poszukać jakiegoś Stellplatz (miejsce postoju kamperów) lub po prostu parkingu bez widocznych zakazów. Ostatecznie wylądowaliśmy na specjalnym parkingu przy Bad Tölz, gdzie na legalu za zaledwie 6 euro spędziliśmy noc.

Rano krótki spacer po tym miasteczku i jedziemy w stronę Polski. Ponieważ przed nami ponad 9 godzin jazdy, postanawiam, że zrobimy przerwę na zwiedzanie Ratyzbony (Regensburg). Przy okazji pierwszy raz skorzystaliśmy z opcji „Park and Ride". Chodzi o parkingi oznaczone P+R zwykle na obrzeżach miasta, gdzie w ramach opłaty za parking mamy bilety komunikacji miejskiej.

Niecały kwadrans autobusem i jesteśmy w centrum najlepiej zachowanego średniowiecznego miasta w Niemczech. Ponieważ starówka została praktycznie nietknięta podczas II wojny światowej, możemy zobaczyć autentyczną architekturę z bardzo wąskimi uliczkami, tak rzadkimi we współczesnych dużych miastach. Przeszliśmy się XII-wiecznym kamiennym mostem nad Dunajem i spróbowaliśmy przepysznego Bratwurstsemmel (rodzaj hot-doga z kiełbaską, musztardą i kiszoną kapustą) z Historische Wurstküche, która według wielu źródeł jest najstarszą nieprzerwanie działającą jadłodajnią na świecie.

Spędzamy tu kilka godzin, po czym już bez dłuższych przerw jedziemy do domu.

Czas na krótkie podsumowanie. W ciągu dwóch tygodni przejechaliśmy ok. 2700 km. Na paliwo wydałem w sumie ok. 2100 zł. Kempingi i parkingi (również te w ciągu dnia) kosztowały nas niecałe 1900 zł (cztery noce spędziliśmy na dziko – za darmo). Do tego winiety i inne opłaty drogowe: ok. 340 zł. Wydatków na atrakcje i jedzenie nie podaję, bo to bardzo indywidualna kwestia (ceny niektórych atrakcji podawałem w tekście).

Na pewno znaczącym kosztem jest wynajem kampera – my w tym roku wypożyczyliśmy od znajomego po bardzo preferencyjnej stawce – dziękujemy, Marcinie, za zaufanie i wszelką pomoc.

Ciekawy jestem, czy ci z Was, którzy nigdy nie byli na takich wakacjach, chcieliby spróbować, czy jednak mój opis skutecznie Was zniechęcił? Jeśli tak, to przepraszam. Ja wiem na pewno, że jeszcze nie raz będę chciał w ten sposób podróżować.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Andaluzja (Hiszpania) - czerwiec 2026

Hiszpańska Andaluzja, czyli kraina byków i flamenco

Wróciliśmy z czterodniowej wycieczki po zachodniej części Andaluzji. Warto wiedzieć, że cały region jest ogromny – ma powierzchnię ponad czterokrotnie większą od województwa dolnośląskiego. Nie sposób zwiedzić go całego nawet w dwa tygodnie. Dlatego zamiast próbować zobaczyć wszystko, postanowiliśmy skupić się na jednym fragmencie i poznać go trochę lepiej.



Jak to zwykle u nas bywa, wszystko zaczęło się od trafienia na tanie bilety z Wrocławia do Sewilli na przedostatni tydzień czerwca. Po zakończeniu roku szkolnego ceny były już trzykrotnie wyższe. Wcześniej z kolei nie mogliśmy, więc mieliśmy pewne obawy, czy nie będzie za gorąco, ale zaryzykowaliśmy. Plan zakładał skupienie się na zachodnim wybrzeżu, w okolicach Kadyksu, gdzie dzięki bliskości oceanu temperatury są znacznie przyjemniejsze.

I rzeczywiście – różnica okazała się ogromna. W Sewilli było 38°C, około 100 km dalej na zachód już całkiem przyjemne 27°C, a na samym wybrzeżu zaledwie 24°C.

Noclegi zaplanowaliśmy w uroczej miejscowości El Puerto de Santa María. Mogę ją śmiało polecić jako świetny punkt wypadowy do zwiedzania tej części Andaluzji. Do Kadyksu jedzie się około 20 minut, podobnie do Jerez de la Frontera. W okolicy nie brakuje też szerokich, piaszczystych plaż.

O transporcie publicznym nie napiszę nic, bo tradycyjnie poruszaliśmy się wypożyczonym autem. W Hiszpanii ceny wynajmu są naprawdę atrakcyjne, drogi są dobrej jakości, a kierowcy… normalni. Niech każdy zinterpretuje to po swojemu.

Problemem bywają parkingi. Trudno znaleźć wolne miejsce przy ulicy, a podziemne potrafią być drogie (w Kadyksie płaciłem prawie 3 euro za godzinę). Za to bezpłatne parkingi często są „obsługiwane” przez samozwańczych parkingowych, którzy „tylko proszą” o wsparcie.

Swoją drogą odbyłem tam pierwszą w życiu dyskusję (żeby nie powiedzieć: kłótnię) po hiszpańsku z takim właśnie delikwentem. Bardzo źle przyjął moje zapewnienia, że nie mam gotówki. Co swoją drogą było prawie prawdą – nie miałem jeszcze żadnych drobnych i nie zamierzałem wyciągać banknotów.

Rzucił coś w stylu: „Nie masz pieniędzy? A wstydu też nie masz?”. No to mnie trochę ruszyło. Zacząłem rozwijać temat moralizowania przez osobę, który ewidentnie miała problemy z używkami, ale Ewa skutecznie odciągnęła mnie, zanim sytuacja się zaogniła.

Patrząc z perspektywy, była to całkiem dobra lekcja hiszpańskiego. Więc... teraz przyszła mi do głowy myśl, że może jednak powinienem mu zapłacić. W końcu nauka kosztuje. 

A propos języków – w Hiszpanii nie zawsze można dogadać się po angielsku. Na lotniskach, w hotelach czy większych miastach nie ma problemu, ale w mniej turystycznych miejscach bywa różnie. Dla mnie była to świetna okazja do ćwiczenia hiszpańskiego.

Nie ukrywam jednak, że w restauracjach, bez odpowiednio utrwalonego słownictwa z tego zakresu, miałem problem ze zrozumieniem menu. Kelner próbował pomagać – nie zawsze skutecznie. Co ciekawe, nawet Google i AI czasami kompletnie gubią się przy lokalnych nazwach i potrafią podpowiedzieć coś zupełnie innego.

Udało nam się jednak spróbować wielu lokalnych specjałów. Jak wspomniałem na początku, region słynie z byków, a co za tym idzie... z „byczyzny”. Tak, wiem – właśnie wymyśliłem to słowo – oczywiście chodzi o wołowinę.

W Andaluzji jest mnóstwo hodowli bydła. Jeżdżąc po okolicy, mijaliśmy ogromne pastwiska z leniwie pasącymi się rogaczami. Gdy pytałem, czy to same byki, słyszałem, że zasadniczo tak. Krowy oczywiście też są, ale głównie po to, żeby rodzić kolejne byczki.

Spróbowaliśmy między innymi ogona byka i muszę przyznać, że był przepyszny. Podobno tutejsze mięso jest wyjątkowo delikatne dzięki całorocznemu wypasowi i naturalnej paszy.

Wegetarianie czy weganie nie mają tu łatwego życia. Trudno znaleźć coś bez mięsa albo owoców morza. Nie żebym szczególnie nad tym ubolewał, ale zaskoczyło mnie, jak mało warzyw pojawia się w typowej andaluzyjskiej kuchni. Chyba że zaliczymy do nich ziemniaki – wtedy proporcje od razu wyglądają lepiej.

Więcej o jedzeniu i zwiedzaniu już w kolejnym poście.

Hiszpańska Andaluzja, czyli kraina byków i flamenco

część 2

O bykach już było, więc parę słów o flamenco. Obejrzeliśmy wprawdzie tylko 1 występ, ale jak typowy Polak, już czuję się ekspertem, więc się wypowiem 😉.

Bo jeśli myślisz, że to po prostu styl tańca, to jesteś w wielkim błędzie.

Wyobraź sobie końskie dawki espresso zmieszane z żalem po stracie portfela, a na koniec doprawione dumą i fochem kogoś, komu buchnięto ostatni kawałek sernika sprzed nosa.

Oto w wielkim skrócie flamenco – narodowy sport emocjonalny Andaluzji. A tutaj 4 rzeczy, które odkryłem:

To nie jest taniec towarzyski, a walka. Zapomnij o uroczych pląsach z partnerem – tancerka walczy solo z grawitacją, podłogą i własnymi demonami. I jeśli przy tym wygląda, jakby mąż zdradził ją z brzydką sąsiadką – robi to dobrze. Prawdziwe flamenco karmi się dramatem, a uśmiech jest tu surowo zabroniony.

Im głośniej, tym lepiej. Podkute gwoźdźmi stopy tancerzy strzelają z siłą i prędkością karabinu maszynowego – a ja tylko myślę, czy pierwsze się podda ich stawy czy scena. A jeśli poczujesz potrzebę rzucenia soczystego „¡Olé!” – zrób to, bo tu się kibicuje jak na meczu, a nie siedzi cicho jak w filharmonii.

Śpiew jak na średniowiecznych torturach: Śpiewaczka brzmi, jakby przypalano ją żelazem na hiszpańskiej inkwizycji – chropowato, boleśnie, jak desperackie wołanie o pomoc kogoś uwięzionego w windzie z teściową. Ja najpierw myślałem, że nie może wejść w swój rejestr, ale ponoć tak to ma brzmieć…

Gitara w roli psychoterapeuty: Gitarzysta szarpie struny z prędkością światła, próbując z jednej strony ostudzić emocje, a z drugiej dotrzymać kroku wokaliście i tancerzom przeżywającym publiczny kryzys egzystencjalny.

Uff, to teraz troszkę spokojniej 😊

 

 

Gdybyście planowali wizytę w Andaluzji, pierwsze miejsca, które wyskoczą we wszelkich internetowych źródłach jako must-see, to niewątpliwie: Caminito del Rey (Ścieżka Króla wyryta w skałach), Ronda zbudowana na pionowych zboczach wąwozu ze spektakularnym mostem, czy Setenil de las Bodegas, słynące z ulicy wciśniętej pod ogromny nawis skalny.

Ale jak pisałem w poprzednim poście, Andaluzja jest naprawdę duża, a te atrakcje leżą minimum 2 godziny jazdy od naszej miejscówki. Odpuściliśmy je więc sobie na przyszłość, kiedy polecimy do Malagi.

Bo w rejonie Kadyksu, gdzie akurat byliśmy, też jest na co popatrzeć.

Sama Sewilla serwuje mnóstwo atrakcji. Na pierwszy ogień: Plaza de España z monumentalnym pałacem w kształcie półkola. U stóp fasady rozciąga się 48 nisz z ławkami reprezentującymi historyczne prowincje Hiszpanii, każda w innej kolorowej mozaice – jakby ktoś rozdał każdej prowincji własny komplet kafelków i kazał się popisać.

Potem Katedra z wieżą La Giralda – największa gotycka świątynia świata, wpisana do księgi rekordów Guinnessa. W środku m.in. grobowiec Krzysztofa Kolumba oraz ściana ołtarza wysoka na prawie 28 metrów, złożona z ponad 45 misternie rzeźbionych paneli pokrytych płatkami złota. Ołtarz przedstawia około tysiąca biblijnych postaci i bywa nazywany Złotą Biblią, bo był w zasadzie ilustrowanym podręcznikiem dla plebsu, który czytać nie umiał.

I tu podzielę się myślą, która nachodzi mnie, gdy widzę taki przepych (bo jestem trochę rozdarty): jak silna musiała być wiara – albo siła perswazji – że ludzie przymierający głodem nie tylko nie protestowali przeciwko takim budowlom, ale jeszcze sami dorzucali się na to złoto.

Wejście na dawną wieżę minaretową La Giralda daje panoramę na całe miasto, choć wrażenia trochę psuje gęsta siatka zabezpieczająca. Ciekawostka: ponad sto metrów wysokości i ani jednego schodka – na górę prowadzi rampa, po której niegdyś wdrapywały się muły i osły objuczone materiałami budowlanymi. W tym upale trochę też czuliśmy się jak te osły, a w głowie głos – nie można było po prostu usiąść w barze przy zimnym piwku?

Ponieważ na Sewillę mieliśmy tylko kilka godzin po wylądowaniu, a temperatura wtedy dochodziła do 40 stopni – w sumie podobnie jak w tym czasie w Polsce - to udało nam się jeszcze tylko odwiedzić słynny park Parque de María Luisa z wyspą ptaków, mini wodospadem i gęstą roślinnością zapewniającą zbawienny cień.

Ewa bardzo chciała odwiedzić Alcazar, ale już nam zabrakło czasu – oczywiście moja wina (tutaj właśnie zdradziłem Wam sekret naszego szczęśliwego wieloletniego małżeństwa), bo myślałem, że katedra i wieża będą ciekawsze. Na szczęście odwiedziliśmy inny Alcazar w Jerez de la Frontera.

Ale o tym i innych miasteczkach, oraz oczywiście o jedzonku w kolejnym poście.

 

Hiszpańska Andaluzja, czyli kraina byków i flamenco

część 3 - ostatnia

 

Kolejne dni, kolejne miasta – tym razem w telegraficznym skrócie:

Medina-Sidonia (jedno z tzw. białych miasteczek), z ruinami zamku na szczycie – bardzo spokojne, prawie senne. Dodatkowa atrakcja to przejażdżka wąskimi i stromymi uliczkami, gdzie trzeba uważać, żeby lusterek nie stracić. Gdyby nie inne pojazdy przede mną i za mną, pomyślałbym, że nawigacja robi sobie ze mnie żarty.

Vejer de la Frontera – kolejne pueblo blanco, trochę większe i wyraźnie bardziej tętniące życiem, świetne do spacerowania wąskimi uliczkami wśród sklepików, restauracji i kawiarni.

Przy okazji, kolejny ukłon w stronę Hiszpanii za bycie rajem dla kawoszy. Jak już wielokrotnie podkreślałem (dotyczy to również Włoch), kawa nie jest tu towarem luksusowym: 1–2 euro, zwykle 1,50–1,80. Nawet w dość „ekskluzywnej” kawiarni, gdzie mały deser kosztował ponad 6 euro, za kawę zapłaciłem niecałe 2. I jest naprawdę dobra, nawet na stacji benzynowej. Mówię oczywiście o małej czarnej (tu: „café solo”), bo tylko taką piję. Nie wiem ile trzeba zapłacić za karmelowe latte z machą na mleku z niemodyfikowanej soi. Jedyne szaleństwo, na jakie sobie pozwalam, to szklanka z kostkami lodu, do której przelewam kawę – idealne na ochłodę.

Kadyks – najstarsze stale zamieszkane miasto Europy Zachodniej. Gęsta zabudowa, nadmorskie bulwary i specyficzny klimat sprawiły, że pieszczotliwie nazywa się go „małą Hawaną”. A temperatura jest tu wręcz łaskawa (24–27 stopni) – i to zaledwie 120 km od Sewilli, która w tym samym czasie się gotowała.

To właśnie stąd wypływały niektóre ekspedycje Krzysztofa Kolumba, m.in. ta z 1493 roku, w wyniku której odkrył Jamajkę i Portoryko.

Osobiście polecam wejście na Torre Tavira – najwyższą wieżę strażniczą Starego Miasta, z widokiem 360° i unikalną atrakcją w postaci dawnej camera obscura: systemu luster dający niesamowicie ostry obraz miasta na żywo, niczym ze współczesnego systemu monitoringu.

El Puerto de Santa María (Port Św. Marii) – tu nocowaliśmy – urocze miasteczko również z bogatą historią. Najważniejszą postacią związaną z tym miejscem był Juan de la Cosa – właściciel i nawigator flagowego okrętu Kolumba, „Santa María”. To on na podstawie wspólnych wypraw stworzył w 1500 roku najstarszą zachowaną mapę świata z zarysami Ameryki.

Jerez de la Frontera – to tutaj zwiedziliśmy alkazar (co oznacza pałac lub twierdzę). Nie jest tak spektakularny jak ten w Sewilli, ale jest najstarszą zachowaną budowlą w mieście. Stanowi klasyczny przykład islamskiej architektury obronnej z elementami chrześcijańskimi, które dodano po rekonkwiście. Nazwa miasta jest jednocześnie nazwą wyjątkowego lokalnego wina, znanego na całym świecie jako sherry, a produkowanego właśnie w tym rejonie.

To tutaj też spotkałem się na kawę z moim nauczycielem hiszpańskiego, który akurat w tym samym czasie odwiedzał rodzinne strony (super się złożyło, bo aktualnie nie mieszka w Hiszpanii). Mega fajne doświadczenie spotkać się na żywo po blisko roku rozmów wyłącznie online.

Również tutaj obejrzeliśmy występ flamenco – w poprzednim poście dokładnie opisałem wrażenia. 😊

Na koniec Tarifa – najdalej wysunięty na południe punkt Europy, gdzie Ocean Atlantycki łączy się z Morzem Śródziemnym. Maroko jest tu w zasięgu wzroku, zwłaszcza góry Atlas – od wybrzeża Afryki dzieli nas raptem 14 kilometrów.

To jedno z najwietrzniejszych miejsc Europy, ale na szczęście lub nieszczęście, akurat podczas naszego pobytu wiatr był wyjątkowo leniwy, więc nie dawał ochłody, a upał solidnie nas dopiekał.

Natomiast to tutaj mieliśmy okazję zjeść chyba najlepszy posiłek podczas naszego pobytu, więc kilka słów o daniach, które naszym zdaniem warto spróbować (nie koniecznie w Tarifie, ale ogólnie w tym rejonie):

Gaspacho – zupa na zimno, choć u nas nazwalibyśmy ją sokiem z warzyw, bo nie jest gotowana. Czasem podawana w szklance z lodem do picia – idealna w gorące dni. W Andaluzji popularny jest jej „gęstszy kuzyn” – Salmorejo.

Robo del Toro – duszony ogon byka, który po wielogodzinnym gotowaniu staje się niezwykle delikatny i aromatyczny.

Tortillitas de Camarones, czyli niesamowicie chrupiące, cieniutkie placuszki z malutkimi krewetkami. Z wyglądu przypominają ażurowe placki ziemniaczane.

Frituras de Puerro, Queso y Gambas – genialna przekąska w formie roladek z pora, sera i krewetek. Danie to łączy niesamowitą chrupkość z kremowym wnętrzem i słodko-wytrawnym andaluzyjskim akcentem lokalnego wina sherry.

Wszystko to można dostać jako tapas – i tu przy okazji chciałbym wyjaśnić pewną kwestię: tapas, to nie jest konkretne danie, ani sposób przyrządzania jedzenia. Najlepiej przetłumaczyć to jako „przekąska”, czyli coś na kilka kęsów. W restauracjach czy barach często masz opcje czy chcesz wybrane danie jako właśnie „tapa”, „media ración” – pół porcji, czy „ración” – pełna porcja. Super rozwiązanie jak chcesz popróbować różnych dań, lub boisz się, że coś Ci nie posmakuje.

A na targu w Kadyksie jedliśmy legendarną przekąskę chicharrones – są to grubo krojone kostki boczku (ok. 2x2 cm), najpierw wolno gotowane, a potem smażone z dodatkiem aromatycznych ziół. Podawane w papierowym rożku „na drogę”. Wzięliśmy najmniejszą porcję (1/8 kg), a i tak czułem że cholesterol wystrzelił pod sufit. Byłem w szoku obserwując innych zajadających wielkie porcje niczym popcorn.

Oczywiście Andaluzja stoi owocami morza (np. przepyszne ośmiornice) i wyśmienitymi rybami, zwłaszcza tuńczykiem. Mieliśmy okazję zjeść go m.in. w formie tataru, carpaccio czy na toście.

Popularnym daniem jest Boquerones Fritos, czyli smażone sardele (anchois) – nam nie podpasowały, ale możliwe, że akurat w tym miejscu nie były najlepsze.

Na koniec wspomnę tylko krótko o plażach, bo przecież wiele osób właśnie dlatego udaje się do Hiszpanii. A plaże są przepiękne, piaszczyste i szerokie. Od oceanu wieje dość mocno, choć konceptu parawanów tutaj nie znają.

Natomiast jak chcecie spędzić trochę więcej czasu to parasole obowiązkowe. Wiatr osłabia odczucie gorąca, ale słońce jest bezlitosne. Woda przy tym wybrzeżu w ciągu lata ma przyjemną temperaturę 22-23 stopnie.

Mam nadzieję, że znaleźliście tu coś ciekawego dla siebie.

Do następnej podróży!



niedziela, 8 lutego 2026

Fuerteventura - Hiszpania - luty 2026

 [Post oryginalnie w trzech częściach, stąd podział]

Fuertaventura –  luty 2026 – część 1

Na początek tradycyjnie kilka suchych faktów.

Fuerteventura - hiszpańska wyspa pochodzenia wulkanicznego w archipelagu Wysp Kanaryjskich na Oceanie Atlantyckim. Druga pod względem wielkości po Teneryfie, o powierzchni 1,660 km2 (czyli tak półtora powiatu wrocławskiego), lecz zamieszkała przez zaledwie 125 tyś. osób. Z Polski dolecimy tam w nieco ponad 5 godzin (odległość ok. 4000 km).

Położona jest jedynie 100 km od zachodniego wybrzeża Afryki. To właśnie dzięki temu ma tak liczne i piękne plaże ze złotym piaskiem naniesionym prosto z Sahary przez wiatry.

A propos, wiatry to element, z którego słynie Fuerta. Ponoć wieje tu mocno i nieprzerwanie, stąd jest to istna mekka dla wszelkiego rodzaju surferów, kitesurferów, itp. Napisałem "ponoć", bo my nie doświadczyliśmy tego. Co prawda, czasem troszkę zawiało, ale to raczej był przyjemny wiatr dający ulgę od palącego słońca. Przy okazji, małe dementi. Panuje dość popularny mit, że nazwa wyspy oznacza „silne wiatry”. Otóż o ile „fuerte” to faktycznie po hiszpańsku „silny/mocny” o tyle „ventura” to „los/przeznaczenie/przyszłość”, a nie „wiatr”, czyli „viento”. Czyli bardziej powinniśmy interpretować nazwę jako „Wyspa dobrego losu / dobrych szans”.

Wymądrzam się, bo od około roku intensywnie uczę się mowy Cervantesa i ten wyjazd miał być swoistym egzaminem moich nowych umiejętności językowych. Plan zakładał, że będę używać wyłącznie hiszpańskiego. Na moje „nieszczęście” akurat na Kanarach z łatwością dogadamy się po angielsku, co nie pomagało w moim postanowieniu. W momentach, gdy nie rozumiałem moich rozmówców i prosiłem o powtórzenie lub żeby mówili wolniej, z chęcią przeskakiwali na angielski. Ale żeby nie było, kilka rozmów przeprowadziłem z pełnym sukcesem, z czego jestem mega dumny i czym również zaimponowałem Ewie. A nie ma nic lepszego niż zrobić na żonie pozytywne wrażenie po tylu latach małżeństwa.

Było krótko o wietrze, ale muszę wrócić do pogody, bo to temat najczęściej „wałkowany” na wszelkich forach i pytanie pojawiające się w każdej rozmowie. Więc jaka jest tu pogoda w styczniu czy na początku lutego? Powiem tak: przez 90% czasu chodziliśmy w krótkich spodenkach i krótkich rękawkach. Czasami, zwłaszcza wieczorami czy w nocy ratowała cienka bluza, ale to wszystko. Temperatury w ciągu dnia oscylowały w okolicach 20-23°C, w nocy ok. 18°C. Dość surrealistyczne odczucie biorąc pod uwagę, że w Polsce w tym czasie panowały mrozy -10°C.

Z dwa razy pokropiło, raz trochę mocniej, ale nie trwa to długo. Wystarczy poczekać lub udać się w inną część wyspy, tam pewnie tych chmur nie będzie. I to jest element, o którym trzeba pamiętać. Pogoda może się zmienić dość szybko, więc jest to trochę loteria czy w danym punkcie widokowym trafimy na piękne czyste niebo, czy akurat nad nami zatrzyma się chmurka, skutecznie ograniczając widoczność.

Jak zobaczycie na niektórych zdjęciach niebo jest mocno zachmurzone co jest jednak rzadkością, bo Fuerteventura szczyci się 300 słonecznymi dniami w ciągu roku, przez co jest mało deszczu.

Wyspa w wielu miejscach ma istny księżycowy klimat i tego się spodziewaliśmy. Lecz ku naszemu zaskoczeniu był to obraz zielonego księżyca. Jest to wynik wyjątkowo mokrego grudnia 2025, kiedy wyspa doświadczyła rekordowych opadów deszczu. Bardzo się zazieleniła, przez co miałem małe déjà vu, bo miejscami (gdzie nie było palm) przypominała Islandię, ale bez lodowców i wodospadów.

W tym miejscu mała pauza, co by nie zmęczyć czytelnika. W kolejnych postach nieco o środkach transportu, hotelach, jedzeniu no i oczywiście o odwiedzonych miejscach (a tutaj lista najważniejszych lokalizacji, o których postaram się napisać):  Playa de Cofete – Betancuria – manufaktura Aloesa – Pájara – Ajuy i czarne plaże Playa de las Hermosas  - Sicasumbre – La Pared – muzeum sera – Corralejo – popcorn beach – wydmy – muzeum soli – Moro Jable – Playa de Sotavento - Calderón Hondo (krater wulkanu) – El Cotillo – Oasis Wildlife – wyprawa buggy na Faro Punta de Jandía – trekking na Pico de la Zarza

Fuerteventura – część 2

Ponieważ wstęp już był, przechodzę do konkretów. Na początek kwestia hotelu i wyżywienia. My zazwyczaj przy tego typu urlopach (nastawionych na zwiedzanie) wybieramy opcję BB (samo śniadanie) lub HB (dwa posiłki: śniadanie i obiadokolacja), zakładając że większość czasu spędzamy poza hotelem i stołujemy się w małych restauracjach odkrywając lokalne smaki. Przygotowując się jednak do wyjazdu odkryliśmy, że Fuerta pod tym kątem jest uboga. Innymi słowy, nie ma co się nastawiać na nie wiadomo jakie odkrycia kulinarne, żeby nie powiedzieć, że czasem trudno znaleźć czynny lokal oferujący cokolwiek do zjedzenia. Jednocześnie trafiliśmy na ofertę all inclusive w świetnej cenie, więc z niej skorzystaliśmy. Naturalnie i tak jedliśmy w ciągu dnia „na mieście” co tylko potwierdziło opinie innych internautów, że „szału nie ma”. Natomiast nasz hotel oferował również lokalną kuchnię i to na przyzwoitym poziomie. Dzięki temu mogliśmy skosztować typowych hiszpańskich dań jak paella, croquetas czy lokalnych ryb oraz mięs – przede wszystkim carne de cabra, czyli duszona kozina. Na śniadania nie mogło zabraknąć tortilla de patatas, kultowej szynki jamón ibérico, lokalnego sera koziego (o nim parę słów później) no i oczywiście churros z czekoladą. Aaa, prawie zapomniałem o przepysznych hiszpańskich winach, które pochłaniałem w ilościach, do których nie chcę się otwarcie przyznać (nie, nie do śniadania).

Co do lokalizacji to oczywiście wszystko zależy od preferencji i planów na pobyt. Bardzo popularna miejscowość Corralejo na samej północy wyspy to typowy wakacyjny kurort. Mnóstwo hoteli, barów, sklepów sieciowych i szkółek wszelkiego typu sportów wodnych. Zupełnie nie nasz klimat. Po godzinie byliśmy zmęczeni.


Ostatecznie wylądowaliśmy na południu wyspy w Moro Jable, rejon Jandia. Dużo spokojniejszy, choć też jest co robić. Teraz, z perspektywy naszego pobytu mogę powiedzieć, że środek wschodniego wybrzeża – okolice Caleta de Fuste – wydaje się dobrym kompromisem, szczególnie ze względu na łatwy dojazd do każdej części wyspy. Czy klimat tego miejsca odpowiada, to już kwestia indywidualna.

Nasz hotel nie znajduje się w pierwszej linii brzegowej, więc dla kogoś, kto nastawia się na plażowanie, może to być problem. Ja z moim niezdiagnozowanych ADHD nie usiedzę w miejscu i w sumie w ciągu całego tygodnia spędziliśmy może jakieś 45 minut relaksując się na piaseczku. Żeby nie było, trochę po plażach też pospacerowaliśmy. Nawet dwa razy wykąpaliśmy się w oceanie, choć jego temperatura nie była zbyt komfortowa, prawdopodobnie ok. 17-18°C. Przy okazji, długie, szerokie i w wielu miejscach puste plaże Fuerty przyciągają fanów beztekstylnego opalania. Szczególnie na przepięknej plaży Sotavento można dostrzec wielu amatorów golizny leżących lub spacerujących wzdłuż brzegu. W ogromnej większości są to już zaawansowani wiekowo nudyści i jak tak na nich patrzyłem (nie powiem w jakim ja byłem stroju) to wymyśliłem taki suchar (uwaga, bardzo czerstwy żart…): Dlaczego to seniorzy bez skrępowania przechadzają się na golasa po plażach? Bo im wszystko wisi...

OK, szybka zmiana tematu. Transport. Widziałem dużo taksówek i trochę autobusów oraz przystanków. I to generalnie tyle co mogę powiedzieć na temat transportu publicznego. Zdecydowanie polecam wypożyczenie auta. Wystarczy przejrzeć kilka stron różnych wypożyczalni i naprawdę można znaleźć świetne oferty. Mi udało się wynająć auto - nie z tych najmniejszych (Citroen C3) - za niecałe 106 euro na cały tydzień – w tym maksymalne ubezpieczenie – to około 63 zł/dzień! Cóż, może to był łut szczęścia, ale ceny w okolicach 25 euro/dzień są jak najbardziej realne. Aha, i w tej wypożyczalni nie wymagali zabezpieczenia w postaci karty kredytowej – wiem, że dla wielu to dodatkowy atut. Przy okazji, specjalnie nie podaję tu nazwy hotelu ani wypożyczalni, żeby nie robić kryptoreklamy, ale z przyjemnością mogę podzielić się tym w wiadomości prywatnej – piszcie jak coś.

Paliwo też jest tanie. Na większości stacji cena za litr 95 wynosiła 1,10-1,20 euro czyli jakieś 5,00 zł. Mając więc samochód na cały pobyt prawie nic nas nie ograniczało. „Prawie” bo teoretycznie autami z wypożyczalni nie można wjeżdżać na drogi szutrowe. I tu mały problem, bo one w żaden sposób nie są oznaczone, ani na mapach Googla ani znakami drogowymi. Nagle kończy się asfalt i nie wiesz czy może to tylko kawałek i zaraz będzie ok. Najczęściej nie będzie już ok, a szuter może się ciągnąć ponad 20 km, jak na trasie przez Park Naturalny Jandía do plaży Cofete lub do latarni w Punta de Jandia. I nie jest to utwardzony szuter, a raczej luźny kamień i miejscami droga jest bardzo nierówna, więc pokonanie tej trasy w dość niekomfortowych warunkach zajmuje 40-60 minut. Świetna na wyprawę terenówką 4x4, bardzo ryzykowna na jazdę osobówką z wypożyczalni. Widoki niezapomniane, ale trzeba mieć świadomość ryzyka, bo uszkodzeń na takiej trasie ubezpieczenie nie pokryje.

Plażę Cofete wszyscy polecają jako must-see. I faktycznie, szczególnie tuż przez zachodem słońca, jak tam trafiliśmy, zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Powiem tak, że na Cofete dojechaliśmy autem, ryzykując sporo, ale drugi raz wybrałbym chyba inną opcję – można tu dojść na pieszo – trekking przez górki od utwardzonego parkingu zajmie jakieś 2 godziny. Są organizowane wycieczki lub sam transport, albo przejażdżka otwartym autkiem terenowym typu „buggy” – my z tej opcji skorzystaliśmy, żeby zobaczyć najdalszy punkt wyspy (Punto de Jandia), zachwalane jako krajobraz końca świata. Osobiście, lekkie rozczarowanie. Więc jak już w jakiś sposób wybierzecie się na ten off-road po parku krajobrazowym Jandia, to zdecydowanie polecam bardziej Cofete.


Nie jest to bezpieczne miejsce do pływania. Generalnie zachodnie wybrzeże to w większości skalne plaże lub z czarnym wulkanicznym piaskiem oraz bezlitosnymi falami prezentującymi brutalną siłę oceanu. Stąd mało tu jakichkolwiek ośrodków czy miasteczek. Tak naprawdę to naliczyłem 3 i wszystkie odwiedziliśmy: La Pared, Ajuy i El Cotillo.   

Więc po krótce: La Pared – koniec świata i królestwo wiatru. Nazwa znaczy „Ściana” - od klifów, które wyglądają jak mur oddzielający wyspę od oceanu. Jedno z najbardziej wietrznych miejsc na wyspie. Krajobraz jak z innej planety – niemal zero zieleni i czerwono-brązowe skały.

Ajuy (uwaga, w języku hiszpańskim „j” wymawiamy jak „h” – więc przeczytaj to poprawnie i już na pewno nie zapomnij tej nazwy). Mała wioska rybacka, czarna plaża oraz jedne z najstarszych skał na świecie. Jaskinie Ajuy są starsze niż same Wyspy Kanaryjskie – to fragmenty dawnego dna oceanu sprzed ponad 100 mln lat. Niestety dość często ze względów bezpieczeństwa są zamykane dla odwiedzających. Nam też nie udało się ich zwiedzić.

El Cotillo – urocze miasteczko w stylu hipstersko-artystycznym. Dodatkowo do zwiedzenia Stara wieża Castillo del Tostón, która chroniła mieszkańców przed piratami.

No i czas na kolejną pauzę. Dajcie znać jak wam się podoba i na czym mam się skupić w kolejnych częściach.

 

Fuerteventura – część 3 – ostatnia

Witam w trzeciej i zarazem ostatniej części sprawozdania z naszego pobytu na tej wyspie w pierwszym tygodniu lutego 2026 roku.

Tutaj postaram się w telegraficznym skrócie opisać pozostałe najważniejsze punkty na wyspie. Na koniec zostawiłem najlepsze kąski (oczywiście przypominam, że są to nasze subiektywne odczucia, albo moje, ale Ewcia się ze mną we wszystkim zgadza, a nie, wróć, to ja się z nią zawsze zgadzam… - nie ważne).

Mimo że wyspa jest dość mała: długość to 100 km, a w najszerszym punkcie ma ok. 30 km, nie przeszkodziło nam to zrobić 1200 km w ciągu tygodnia naszego pobytu. Pewnie można by lepiej zaplanować zwiedzanie i nie jeździć tam i z powrotem, ale postawiliśmy trochę na spontan, a i sama jazda wraz z podziwianiem widoków nawet z okien auta to była frajda.

Przy okazji ważna uwaga. Przeglądając mapę i szukając adresów często zamiast „Fuerteventura” widziałem „Las Palmas”. Początkowo myślałem, że to jakiś błąd, ale nie. Wyspy Kanaryjskie administracyjne są podzielona na dwie prowincje: Las Palmas, obejmującą wyspy: Gran Canaria, Fuerteventura, Lanzarote, La Graciosa, oraz Prowincja Santa Cruz de Tenerife, która obejmuje: Teneryfę, La Palmę, La Gomerę i El Hierro.

I nie wiedzieć czemu, Hiszpanie zdecydowali, że to dobry pomysł stosować w adresie tylko miasto i prowincję a nie nazwę wyspy… Ot taka ciekawostka.

A teraz konkrety.

Muzeum sera Majorero (Museo del Queso Majorero). Majorero to miano rdzennych mieszkańców Fuerty – twardych pasterzy kóz, nieodzownie związanymi z tymi zwierzętami. I to właśnie ta odmiana kóz zwana cabra majorera, bardzo wytrzymała i dająca dużo mleka (nawet 3,5 l/ dziennie) pozwoliła przetrwać ludziom na tej pierwotnie niegościnnej i suchej wyspie. Samo muzeum jest dość skromne, ale zlokalizowane w pięknie utrzymanej posiadłości o typowej lokalnej architekturze. Dodatkowo na terenie możemy zwiedzić tradycyjny wiatrak i dowiedzieć się o produkcji mąki gofio. Ponadto, mamy tu ogród z imponującą kolekcją wielu odmian kaktusów – niektóre egzemplarze były naprawdę ogromne.

Muzeum soli (Museo de la Sal) nieco mnie rozczarował. W budynku mamy krótkie prezentacje w formie filmików, a następnie na zewnątrz możemy obejrzeć poletka do odsalania wody morskiej. Myślę, że dużo nie stracicie odpuszczając sobie tą atrakcję.

Sicasumbre – astronomiczny punkt obserwacyjny. Ze względu na położenie z dala od źródeł światła, szczególnie polecany do nocnego podziwiania gwiazd. Niestety, mimo 3 prób, nie udało nam się trafić na bezchmurne niebo.

Betancuria – dawna stolica Fuerteventury, położona w głębi lądu co miało ją chronić przed piratami. Niewielka i spokojna biała wioska w zielonej (jak na tę wyspę) dolinie.

Pájara – Jedna z najstarszych miejscowości wyspy. Mało turystyczna, więc łatwo tu odczuć autentyczne życie Majoreros. Całkiem przypadkowo akurat tutaj trafiliśmy na ogromne instalacje wykonane techniką haftu i szydełkowania. To lokalne inicjatywy, które mają przypominać, że Fuerteventura to nie tylko plaże i wiatr, ale ludzie, ręczna praca i ciągłość tradycji.

Calderón Hondo – idealnie zachowany krater wulkanu. Dojście na szczyt z parkingu zajmuje ok. 30 min i jest to łatwy i krótki trekking, nawet z dziećmi. Po drodze i na szczycie możemy spotkać (podobnie jak i w wielu innych miejscach wyspy) wiewiórki berberyjskie (hiszp. ardilla moruna). Są wręcz maskotą Fuerty, szczególnie że lgną do ludzi (czy raczej jedzenia, którym turyści je wabią). Nie są to znane nam wiewiórki drzewne (bo i drzew tu za dużo nie ma), lecz odmiana ziemna sprowadzona w latach 60-tych z Afryki Północnej. 

Podobno tylko 2 osobniki, które z powodu braku naturalnych drapieżników szybko opanowały całą wyspę. Teraz są setki tysięcy tych gryzoni i stały się gatunkiem inwazyjnym niszcząc roślinność i uprawy oraz wypierając lokalne gatunki, np. jaszczurek. Więc nie należy ich dokarmiać. My je oszukiwaliśmy pustymi łupinami, żeby zapozowały do zdjęcia.    

Manufaktura aloesa – bardzo ciekawy punkt, który warto odwiedzić. Po pierwsze mamy na wyciągnięcie ręki rozległe pola uprawne tej rośliny i możemy z bliska zobaczyć jak się je uprawia. W środku, na wieść że jesteśmy z Polski, zawezwano panią Dorotę, która w przemiły i bardzo profesjonalny sposób szczegółowo opowiedziała o tym fascynującym sukulencie i etapach pozyskiwania żelu. Oczywiście mogliśmy się nasmarować od stóp do głów specyfikami na bazie aloesu. Wszystko bezpłatnie, choć naturalnie można zakupić produkowane przez nich specyfiki jak również specjalnie zabezpieczoną do transportu szczepkę do zasadzenia w domu.

Wspomniałem w poprzednim poście o Corralejo, po krótce sama miejscowość nie przypadła nam do gustu, ale i tak warto tu się wybrać ze względu na dwie atrakcje w okolicy. Po pierwsze „popcorn beach” – czyli plaża z kamyczkami łudząco przypominającymi prażoną kukurydzę. Tak naprawdę to są skamieniałe algi (rodolit) i muszę przyznać, że robią niezłe wrażenie.

Nieopodal mamy rozległe wydmy (Dunas de Corralejo), będące częścią parku krajobrazowego. Dla Polaków bywających nad Bałtykiem wydmy nie wydają się szczególną atrakcją, ale ich wielkość w połączeniu z krajobrazem i brakiem jakiejkolwiek roślinności pozwala poczuć się jak na prawdziwej bezkresnej pustyni.

Oasis Wildlife – park zoologiczno-botaniczny z imponującą ilością zwierząt (ponad 3000 osobników 250 gatunków). Bardzo spodobało mi się wykorzystanie terenu i wkomponowanie wybiegów w naturalne formacje skalne. Zwierzęta mają dużo wolnej przestrzeni i wyglądają na zadbane i zdrowe. Świetny pomysł z wybiegiem dla żyraf, gdzie jako odwiedzający jesteśmy na poziomie ich głów i możemy je karmić specjalnie przygotowanym siankiem i owocami. Nigdy wcześniej nie widziałem z tak bliska tego pięknego zwierzęcia. Poza tym mamy edukacyjne pokazy, m.in. lwów morskich, papug czy ptaków drapieżnych.  

  

I na koniec mój absolutny „top of the top” dosłownie i w przenośni: szczyt Pico de la Zarza – najwyższy punkt wyspy. 

To już był troszkę trudniejszy trekking, ale widoki rekompensują wysiłek. Trasa z parkingu w Moro Jable na szczyt liczy niecałe 7 km i potrzebujemy ok. 2 godzin na wejście. Na początku jest dość łagodnie. Za plecami ocean, po bokach wyjątkowo zazielenione wzgórza i doliny, a przed nami piętrząca się skała. Po drodze możemy spotkać leniwie pasące się kozy majorero zupełnie nie przejmujące się sporadycznymi wędrowcami. Ostatni kawałek jest już kondycyjnie bardziej wymagający. Dość strome podejście, przez które łapię zadyszkę, ale ostatnie metry i sam szczyt zapiera dech. Niebo prawie bezchmurne, tylko pojedyncza chmurka leniwie prześlizguje się przez pobliską grań. 

Idealna pogoda ze względu na widoczność, ale słoneczko dość mocno przypieka i troszkę brakowało nam tych słynnych wiatrów. Po chwili z piersi wyrywa się wielkie „WOW”, gdy za szczytem oczom ukazuje się druga strona wyspy i urwisko opadające niemal pionowo kilkaset metrów w dół do plaży Cofete smaganej falami oceanu. Jesteśmy na 807 m npm. Niby niewiele, ale biorąc pod uwagę bliskość oceanu, wrażenie jest piorunujące. Czujemy się tu z Ewą wolni i szczęśliwi. Poza krukiem liczącym na darmowe jedzenie, jesteśmy całkiem sami i spędzamy na szczycie prawie godzinę kontemplując piękno otaczającej natury.

Gdybym miał wybrać jedno miejsce warte odwiedzenia to zdecydowanie to. Niestety domyślam się, że pogoda odgrywa kluczową rolę i w przypadku dużego zachmurzenia, widoczność spada praktycznie do zera.

Ja już tęsknię.

Dziękuję za wszystkie reakcje i komentarze. Do usłyszenia!


Dolomity (i nie tylko) kamperem - sierpień 2026

  Plan mieliśmy, nawet dwa, ale i tak trochę poddaliśmy się chwili i sporą część trasy zrobiliśmy spontanicznie, decydując po dr...

Popularne