niedziela, 8 lutego 2026

Fuerteventura - Hiszpania - luty 2026

 [Post oryginalnie w trzech częściach, stąd podział]

Fuertaventura –  luty 2026 – część 1

Na początek tradycyjnie kilka suchych faktów.

Fuerteventura - hiszpańska wyspa pochodzenia wulkanicznego w archipelagu Wysp Kanaryjskich na Oceanie Atlantyckim. Druga pod względem wielkości po Teneryfie, o powierzchni 1,660 km2 (czyli tak półtora powiatu wrocławskiego), lecz zamieszkała przez zaledwie 125 tyś. osób. Z Polski dolecimy tam w nieco ponad 5 godzin (odległość ok. 4000 km).

Położona jest jedynie 100 km od zachodniego wybrzeża Afryki. To właśnie dzięki temu ma tak liczne i piękne plaże ze złotym piaskiem naniesionym prosto z Sahary przez wiatry.

A propos, wiatry to element, z którego słynie Fuerta. Ponoć wieje tu mocno i nieprzerwanie, stąd jest to istna mekka dla wszelkiego rodzaju surferów, kitesurferów, itp. Napisałem "ponoć", bo my nie doświadczyliśmy tego. Co prawda, czasem troszkę zawiało, ale to raczej był przyjemny wiatr dający ulgę od palącego słońca. Przy okazji, małe dementi. Panuje dość popularny mit, że nazwa wyspy oznacza „silne wiatry”. Otóż o ile „fuerte” to faktycznie po hiszpańsku „silny/mocny” o tyle „ventura” to „los/przeznaczenie/przyszłość”, a nie „wiatr”, czyli „viento”. Czyli bardziej powinniśmy interpretować nazwę jako „Wyspa dobrego losu / dobrych szans”.

Wymądrzam się, bo od około roku intensywnie uczę się mowy Cervantesa i ten wyjazd miał być swoistym egzaminem moich nowych umiejętności językowych. Plan zakładał, że będę używać wyłącznie hiszpańskiego. Na moje „nieszczęście” akurat na Kanarach z łatwością dogadamy się po angielsku, co nie pomagało w moim postanowieniu. W momentach, gdy nie rozumiałem moich rozmówców i prosiłem o powtórzenie lub żeby mówili wolniej, z chęcią przeskakiwali na angielski. Ale żeby nie było, kilka rozmów przeprowadziłem z pełnym sukcesem, z czego jestem mega dumny i czym również zaimponowałem Ewie. A nie ma nic lepszego niż zrobić na żonie pozytywne wrażenie po tylu latach małżeństwa.

Było krótko o wietrze, ale muszę wrócić do pogody, bo to temat najczęściej „wałkowany” na wszelkich forach i pytanie pojawiające się w każdej rozmowie. Więc jaka jest tu pogoda w styczniu czy na początku lutego? Powiem tak: przez 90% czasu chodziliśmy w krótkich spodenkach i krótkich rękawkach. Czasami, zwłaszcza wieczorami czy w nocy ratowała cienka bluza, ale to wszystko. Temperatury w ciągu dnia oscylowały w okolicach 20-23°C, w nocy ok. 18°C. Dość surrealistyczne odczucie biorąc pod uwagę, że w Polsce w tym czasie panowały mrozy -10°C.

Z dwa razy pokropiło, raz trochę mocniej, ale nie trwa to długo. Wystarczy poczekać lub udać się w inną część wyspy, tam pewnie tych chmur nie będzie. I to jest element, o którym trzeba pamiętać. Pogoda może się zmienić dość szybko, więc jest to trochę loteria czy w danym punkcie widokowym trafimy na piękne czyste niebo, czy akurat nad nami zatrzyma się chmurka, skutecznie ograniczając widoczność.

Jak zobaczycie na niektórych zdjęciach niebo jest mocno zachmurzone co jest jednak rzadkością, bo Fuerteventura szczyci się 300 słonecznymi dniami w ciągu roku, przez co jest mało deszczu.

Wyspa w wielu miejscach ma istny księżycowy klimat i tego się spodziewaliśmy. Lecz ku naszemu zaskoczeniu był to obraz zielonego księżyca. Jest to wynik wyjątkowo mokrego grudnia 2025, kiedy wyspa doświadczyła rekordowych opadów deszczu. Bardzo się zazieleniła, przez co miałem małe déjà vu, bo miejscami (gdzie nie było palm) przypominała Islandię, ale bez lodowców i wodospadów.

W tym miejscu mała pauza, co by nie zmęczyć czytelnika. W kolejnych postach nieco o środkach transportu, hotelach, jedzeniu no i oczywiście o odwiedzonych miejscach (a tutaj lista najważniejszych lokalizacji, o których postaram się napisać):  Playa de Cofete – Betancuria – manufaktura Aloesa – Pájara – Ajuy i czarne plaże Playa de las Hermosas  - Sicasumbre – La Pared – muzeum sera – Corralejo – popcorn beach – wydmy – muzeum soli – Moro Jable – Playa de Sotavento - Calderón Hondo (krater wulkanu) – El Cotillo – Oasis Wildlife – wyprawa buggy na Faro Punta de Jandía – trekking na Pico de la Zarza

Fuerteventura – część 2

Ponieważ wstęp już był, przechodzę do konkretów. Na początek kwestia hotelu i wyżywienia. My zazwyczaj przy tego typu urlopach (nastawionych na zwiedzanie) wybieramy opcję BB (samo śniadanie) lub HB (dwa posiłki: śniadanie i obiadokolacja), zakładając że większość czasu spędzamy poza hotelem i stołujemy się w małych restauracjach odkrywając lokalne smaki. Przygotowując się jednak do wyjazdu odkryliśmy, że Fuerta pod tym kątem jest uboga. Innymi słowy, nie ma co się nastawiać na nie wiadomo jakie odkrycia kulinarne, żeby nie powiedzieć, że czasem trudno znaleźć czynny lokal oferujący cokolwiek do zjedzenia. Jednocześnie trafiliśmy na ofertę all inclusive w świetnej cenie, więc z niej skorzystaliśmy. Naturalnie i tak jedliśmy w ciągu dnia „na mieście” co tylko potwierdziło opinie innych internautów, że „szału nie ma”. Natomiast nasz hotel oferował również lokalną kuchnię i to na przyzwoitym poziomie. Dzięki temu mogliśmy skosztować typowych hiszpańskich dań jak paella, croquetas czy lokalnych ryb oraz mięs – przede wszystkim carne de cabra, czyli duszona kozina. Na śniadania nie mogło zabraknąć tortilla de patatas, kultowej szynki jamón ibérico, lokalnego sera koziego (o nim parę słów później) no i oczywiście churros z czekoladą. Aaa, prawie zapomniałem o przepysznych hiszpańskich winach, które pochłaniałem w ilościach, do których nie chcę się otwarcie przyznać (nie, nie do śniadania).

Co do lokalizacji to oczywiście wszystko zależy od preferencji i planów na pobyt. Bardzo popularna miejscowość Corralejo na samej północy wyspy to typowy wakacyjny kurort. Mnóstwo hoteli, barów, sklepów sieciowych i szkółek wszelkiego typu sportów wodnych. Zupełnie nie nasz klimat. Po godzinie byliśmy zmęczeni.


Ostatecznie wylądowaliśmy na południu wyspy w Moro Jable, rejon Jandia. Dużo spokojniejszy, choć też jest co robić. Teraz, z perspektywy naszego pobytu mogę powiedzieć, że środek wschodniego wybrzeża – okolice Caleta de Fuste – wydaje się dobrym kompromisem, szczególnie ze względu na łatwy dojazd do każdej części wyspy. Czy klimat tego miejsca odpowiada, to już kwestia indywidualna.

Nasz hotel nie znajduje się w pierwszej linii brzegowej, więc dla kogoś, kto nastawia się na plażowanie, może to być problem. Ja z moim niezdiagnozowanych ADHD nie usiedzę w miejscu i w sumie w ciągu całego tygodnia spędziliśmy może jakieś 45 minut relaksując się na piaseczku. Żeby nie było, trochę po plażach też pospacerowaliśmy. Nawet dwa razy wykąpaliśmy się w oceanie, choć jego temperatura nie była zbyt komfortowa, prawdopodobnie ok. 17-18°C. Przy okazji, długie, szerokie i w wielu miejscach puste plaże Fuerty przyciągają fanów beztekstylnego opalania. Szczególnie na przepięknej plaży Sotavento można dostrzec wielu amatorów golizny leżących lub spacerujących wzdłuż brzegu. W ogromnej większości są to już zaawansowani wiekowo nudyści i jak tak na nich patrzyłem (nie powiem w jakim ja byłem stroju) to wymyśliłem taki suchar (uwaga, bardzo czerstwy żart…): Dlaczego to seniorzy bez skrępowania przechadzają się na golasa po plażach? Bo im wszystko wisi...

OK, szybka zmiana tematu. Transport. Widziałem dużo taksówek i trochę autobusów oraz przystanków. I to generalnie tyle co mogę powiedzieć na temat transportu publicznego. Zdecydowanie polecam wypożyczenie auta. Wystarczy przejrzeć kilka stron różnych wypożyczalni i naprawdę można znaleźć świetne oferty. Mi udało się wynająć auto - nie z tych najmniejszych (Citroen C3) - za niecałe 106 euro na cały tydzień – w tym maksymalne ubezpieczenie – to około 63 zł/dzień! Cóż, może to był łut szczęścia, ale ceny w okolicach 25 euro/dzień są jak najbardziej realne. Aha, i w tej wypożyczalni nie wymagali zabezpieczenia w postaci karty kredytowej – wiem, że dla wielu to dodatkowy atut. Przy okazji, specjalnie nie podaję tu nazwy hotelu ani wypożyczalni, żeby nie robić kryptoreklamy, ale z przyjemnością mogę podzielić się tym w wiadomości prywatnej – piszcie jak coś.

Paliwo też jest tanie. Na większości stacji cena za litr 95 wynosiła 1,10-1,20 euro czyli jakieś 5,00 zł. Mając więc samochód na cały pobyt prawie nic nas nie ograniczało. „Prawie” bo teoretycznie autami z wypożyczalni nie można wjeżdżać na drogi szutrowe. I tu mały problem, bo one w żaden sposób nie są oznaczone, ani na mapach Googla ani znakami drogowymi. Nagle kończy się asfalt i nie wiesz czy może to tylko kawałek i zaraz będzie ok. Najczęściej nie będzie już ok, a szuter może się ciągnąć ponad 20 km, jak na trasie przez Park Naturalny Jandía do plaży Cofete lub do latarni w Punta de Jandia. I nie jest to utwardzony szuter, a raczej luźny kamień i miejscami droga jest bardzo nierówna, więc pokonanie tej trasy w dość niekomfortowych warunkach zajmuje 40-60 minut. Świetna na wyprawę terenówką 4x4, bardzo ryzykowna na jazdę osobówką z wypożyczalni. Widoki niezapomniane, ale trzeba mieć świadomość ryzyka, bo uszkodzeń na takiej trasie ubezpieczenie nie pokryje.

Plażę Cofete wszyscy polecają jako must-see. I faktycznie, szczególnie tuż przez zachodem słońca, jak tam trafiliśmy, zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Powiem tak, że na Cofete dojechaliśmy autem, ryzykując sporo, ale drugi raz wybrałbym chyba inną opcję – można tu dojść na pieszo – trekking przez górki od utwardzonego parkingu zajmie jakieś 2 godziny. Są organizowane wycieczki lub sam transport, albo przejażdżka otwartym autkiem terenowym typu „buggy” – my z tej opcji skorzystaliśmy, żeby zobaczyć najdalszy punkt wyspy (Punto de Jandia), zachwalane jako krajobraz końca świata. Osobiście, lekkie rozczarowanie. Więc jak już w jakiś sposób wybierzecie się na ten off-road po parku krajobrazowym Jandia, to zdecydowanie polecam bardziej Cofete.


Nie jest to bezpieczne miejsce do pływania. Generalnie zachodnie wybrzeże to w większości skalne plaże lub z czarnym wulkanicznym piaskiem oraz bezlitosnymi falami prezentującymi brutalną siłę oceanu. Stąd mało tu jakichkolwiek ośrodków czy miasteczek. Tak naprawdę to naliczyłem 3 i wszystkie odwiedziliśmy: La Pared, Ajuy i El Cotillo.   

Więc po krótce: La Pared – koniec świata i królestwo wiatru. Nazwa znaczy „Ściana” - od klifów, które wyglądają jak mur oddzielający wyspę od oceanu. Jedno z najbardziej wietrznych miejsc na wyspie. Krajobraz jak z innej planety – niemal zero zieleni i czerwono-brązowe skały.

Ajuy (uwaga, w języku hiszpańskim „j” wymawiamy jak „h” – więc przeczytaj to poprawnie i już na pewno nie zapomnij tej nazwy). Mała wioska rybacka, czarna plaża oraz jedne z najstarszych skał na świecie. Jaskinie Ajuy są starsze niż same Wyspy Kanaryjskie – to fragmenty dawnego dna oceanu sprzed ponad 100 mln lat. Niestety dość często ze względów bezpieczeństwa są zamykane dla odwiedzających. Nam też nie udało się ich zwiedzić.

El Cotillo – urocze miasteczko w stylu hipstersko-artystycznym. Dodatkowo do zwiedzenia Stara wieża Castillo del Tostón, która chroniła mieszkańców przed piratami.

No i czas na kolejną pauzę. Dajcie znać jak wam się podoba i na czym mam się skupić w kolejnych częściach.

 

Fuerteventura – część 3 – ostatnia

Witam w trzeciej i zarazem ostatniej części sprawozdania z naszego pobytu na tej wyspie w pierwszym tygodniu lutego 2026 roku.

Tutaj postaram się w telegraficznym skrócie opisać pozostałe najważniejsze punkty na wyspie. Na koniec zostawiłem najlepsze kąski (oczywiście przypominam, że są to nasze subiektywne odczucia, albo moje, ale Ewcia się ze mną we wszystkim zgadza, a nie, wróć, to ja się z nią zawsze zgadzam… - nie ważne).

Mimo że wyspa jest dość mała: długość to 100 km, a w najszerszym punkcie ma ok. 30 km, nie przeszkodziło nam to zrobić 1200 km w ciągu tygodnia naszego pobytu. Pewnie można by lepiej zaplanować zwiedzanie i nie jeździć tam i z powrotem, ale postawiliśmy trochę na spontan, a i sama jazda wraz z podziwianiem widoków nawet z okien auta to była frajda.

Przy okazji ważna uwaga. Przeglądając mapę i szukając adresów często zamiast „Fuerteventura” widziałem „Las Palmas”. Początkowo myślałem, że to jakiś błąd, ale nie. Wyspy Kanaryjskie administracyjne są podzielona na dwie prowincje: Las Palmas, obejmującą wyspy: Gran Canaria, Fuerteventura, Lanzarote, La Graciosa, oraz Prowincja Santa Cruz de Tenerife, która obejmuje: Teneryfę, La Palmę, La Gomerę i El Hierro.

I nie wiedzieć czemu, Hiszpanie zdecydowali, że to dobry pomysł stosować w adresie tylko miasto i prowincję a nie nazwę wyspy… Ot taka ciekawostka.

A teraz konkrety.

Muzeum sera Majorero (Museo del Queso Majorero). Majorero to miano rdzennych mieszkańców Fuerty – twardych pasterzy kóz, nieodzownie związanymi z tymi zwierzętami. I to właśnie ta odmiana kóz zwana cabra majorera, bardzo wytrzymała i dająca dużo mleka (nawet 3,5 l/ dziennie) pozwoliła przetrwać ludziom na tej pierwotnie niegościnnej i suchej wyspie. Samo muzeum jest dość skromne, ale zlokalizowane w pięknie utrzymanej posiadłości o typowej lokalnej architekturze. Dodatkowo na terenie możemy zwiedzić tradycyjny wiatrak i dowiedzieć się o produkcji mąki gofio. Ponadto, mamy tu ogród z imponującą kolekcją wielu odmian kaktusów – niektóre egzemplarze były naprawdę ogromne.

Muzeum soli (Museo de la Sal) nieco mnie rozczarował. W budynku mamy krótkie prezentacje w formie filmików, a następnie na zewnątrz możemy obejrzeć poletka do odsalania wody morskiej. Myślę, że dużo nie stracicie odpuszczając sobie tą atrakcję.

Sicasumbre – astronomiczny punkt obserwacyjny. Ze względu na położenie z dala od źródeł światła, szczególnie polecany do nocnego podziwiania gwiazd. Niestety, mimo 3 prób, nie udało nam się trafić na bezchmurne niebo.

Betancuria – dawna stolica Fuerteventury, położona w głębi lądu co miało ją chronić przed piratami. Niewielka i spokojna biała wioska w zielonej (jak na tę wyspę) dolinie.

Pájara – Jedna z najstarszych miejscowości wyspy. Mało turystyczna, więc łatwo tu odczuć autentyczne życie Majoreros. Całkiem przypadkowo akurat tutaj trafiliśmy na ogromne instalacje wykonane techniką haftu i szydełkowania. To lokalne inicjatywy, które mają przypominać, że Fuerteventura to nie tylko plaże i wiatr, ale ludzie, ręczna praca i ciągłość tradycji.

Calderón Hondo – idealnie zachowany krater wulkanu. Dojście na szczyt z parkingu zajmuje ok. 30 min i jest to łatwy i krótki trekking, nawet z dziećmi. Po drodze i na szczycie możemy spotkać (podobnie jak i w wielu innych miejscach wyspy) wiewiórki berberyjskie (hiszp. ardilla moruna). Są wręcz maskotą Fuerty, szczególnie że lgną do ludzi (czy raczej jedzenia, którym turyści je wabią). Nie są to znane nam wiewiórki drzewne (bo i drzew tu za dużo nie ma), lecz odmiana ziemna sprowadzona w latach 60-tych z Afryki Północnej. 

Podobno tylko 2 osobniki, które z powodu braku naturalnych drapieżników szybko opanowały całą wyspę. Teraz są setki tysięcy tych gryzoni i stały się gatunkiem inwazyjnym niszcząc roślinność i uprawy oraz wypierając lokalne gatunki, np. jaszczurek. Więc nie należy ich dokarmiać. My je oszukiwaliśmy pustymi łupinami, żeby zapozowały do zdjęcia.    

Manufaktura aloesa – bardzo ciekawy punkt, który warto odwiedzić. Po pierwsze mamy na wyciągnięcie ręki rozległe pola uprawne tej rośliny i możemy z bliska zobaczyć jak się je uprawia. W środku, na wieść że jesteśmy z Polski, zawezwano panią Dorotę, która w przemiły i bardzo profesjonalny sposób szczegółowo opowiedziała o tym fascynującym sukulencie i etapach pozyskiwania żelu. Oczywiście mogliśmy się nasmarować od stóp do głów specyfikami na bazie aloesu. Wszystko bezpłatnie, choć naturalnie można zakupić produkowane przez nich specyfiki jak również specjalnie zabezpieczoną do transportu szczepkę do zasadzenia w domu.

Wspomniałem w poprzednim poście o Corralejo, po krótce sama miejscowość nie przypadła nam do gustu, ale i tak warto tu się wybrać ze względu na dwie atrakcje w okolicy. Po pierwsze „popcorn beach” – czyli plaża z kamyczkami łudząco przypominającymi prażoną kukurydzę. Tak naprawdę to są skamieniałe algi (rodolit) i muszę przyznać, że robią niezłe wrażenie.

Nieopodal mamy rozległe wydmy (Dunas de Corralejo), będące częścią parku krajobrazowego. Dla Polaków bywających nad Bałtykiem wydmy nie wydają się szczególną atrakcją, ale ich wielkość w połączeniu z krajobrazem i brakiem jakiejkolwiek roślinności pozwala poczuć się jak na prawdziwej bezkresnej pustyni.

Oasis Wildlife – park zoologiczno-botaniczny z imponującą ilością zwierząt (ponad 3000 osobników 250 gatunków). Bardzo spodobało mi się wykorzystanie terenu i wkomponowanie wybiegów w naturalne formacje skalne. Zwierzęta mają dużo wolnej przestrzeni i wyglądają na zadbane i zdrowe. Świetny pomysł z wybiegiem dla żyraf, gdzie jako odwiedzający jesteśmy na poziomie ich głów i możemy je karmić specjalnie przygotowanym siankiem i owocami. Nigdy wcześniej nie widziałem z tak bliska tego pięknego zwierzęcia. Poza tym mamy edukacyjne pokazy, m.in. lwów morskich, papug czy ptaków drapieżnych.  

  

I na koniec mój absolutny „top of the top” dosłownie i w przenośni: szczyt Pico de la Zarza – najwyższy punkt wyspy. 

To już był troszkę trudniejszy trekking, ale widoki rekompensują wysiłek. Trasa z parkingu w Moro Jable na szczyt liczy niecałe 7 km i potrzebujemy ok. 2 godzin na wejście. Na początku jest dość łagodnie. Za plecami ocean, po bokach wyjątkowo zazielenione wzgórza i doliny, a przed nami piętrząca się skała. Po drodze możemy spotkać leniwie pasące się kozy majorero zupełnie nie przejmujące się sporadycznymi wędrowcami. Ostatni kawałek jest już kondycyjnie bardziej wymagający. Dość strome podejście, przez które łapię zadyszkę, ale ostatnie metry i sam szczyt zapiera dech. Niebo prawie bezchmurne, tylko pojedyncza chmurka leniwie prześlizguje się przez pobliską grań. 

Idealna pogoda ze względu na widoczność, ale słoneczko dość mocno przypieka i troszkę brakowało nam tych słynnych wiatrów. Po chwili z piersi wyrywa się wielkie „WOW”, gdy za szczytem oczom ukazuje się druga strona wyspy i urwisko opadające niemal pionowo kilkaset metrów w dół do plaży Cofete smaganej falami oceanu. Jesteśmy na 807 m npm. Niby niewiele, ale biorąc pod uwagę bliskość oceanu, wrażenie jest piorunujące. Czujemy się tu z Ewą wolni i szczęśliwi. Poza krukiem liczącym na darmowe jedzenie, jesteśmy całkiem sami i spędzamy na szczycie prawie godzinę kontemplując piękno otaczającej natury.

Gdybym miał wybrać jedno miejsce warte odwiedzenia to zdecydowanie to. Niestety domyślam się, że pogoda odgrywa kluczową rolę i w przypadku dużego zachmurzenia, widoczność spada praktycznie do zera.

Ja już tęsknię.

Dziękuję za wszystkie reakcje i komentarze. Do usłyszenia!


sobota, 16 sierpnia 2025

Islandia - lipiec 2025

Opuściliśmy Islandię, ale Islandia i jej widoki szybko nas nie opuszczą.

Spokojnie, nie będę tu przesadnie słodzić. Nie będzie tu samych „ochów” i „achów”. Padnie kilka gorzkich słów, bo przede wszystkim zależy mi na przekazaniu rzetelnego i szczerego obrazu Islandii, choć naturalnie będzie to subiektywny opis naszej podróży po tej krainie lodu i ognia.

UWAGA! Post wydaje na Facebooku był podzielony na 3 części - tutaj wrzucam w całości 😊

Najpierw kilka mniej lub bardziej oczywistych faktów o Islandii. To europejskie państwo o powierzchni 3 razy mniejszej od Polski zamieszkuje niecałe 400 tyś ludzi. Znaczna część (blisko połowa) mieszka w stolicy kraju – Reykjaviku. Polacy stanowią najliczniejszą mniejszość narodową (ok. 23 tysiące), dzięki czemu zadziwiająco często możemy usłyszeć ojczysty język na ulicy czy w sklepie. Nawet samoobsługowe kasy czy dystrybutory na stacjach paliw mają opcję języka polskiego. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w danym lokalu, sklepie czy basenie pracuje jakiś rodak.

Kraj ten nie jest członkiem UE, ale jest w strefie schengen, czyli możemy podróżować z dowodem osobistym i co najważniejsze, rozmowy telefoniczne i internet działają jak w Unii, czyli nie zrujnują nam budżetu (czego nie można powiedzieć o innych wydatkach, ale o tym później…).

Islandia jest jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów na świecie i posiada ok. 30 aktywnych wulkanów (ogółem jest ich ok. 130 na wyspie). Jeden z nich, położony zaledwie kilkanaście kilometrów od lotniska w Keflaviku i ok. 30 km od stolicy kraju, obudził się ponownie kilka dni przed naszym przyjazdem. Na szczęście nie zakłócił lotów, a wręcz przysporzył atrakcyjności naszej wycieczce, no i oczywiście wskoczył na listę obowiązkowych miejsc do odwiedzenia. Żeby podejść stosunkowo blisko trzeba pokonać pieszo ponad 5 km. Pogoda nie była idealna, a trasa bardzo błotnista, co dodatkowo utrudniało wędrówkę. Ostatecznie podeszliśmy na odległość ok. 1 km od wulkanu i mogliśmy na żywo podziwiać tryskającą z krateru lawę. Ewa ma z jakiegoś powodu lekką awersję do wulkanów. Choć odwiedziliśmy już kilka, w tym na Santorini – gdzie zwiedzanie wulkanu określiła jako, cytat: „Głupia wycieczka” i El Teide na Teneryfie, to nadal nie bardzo rozumie moją fascynację nimi. Nie mniej, zobaczyć coś takiego na własne oczy to dla mnie mega przeżycie. Ciekawym doświadczeniem był również przejazd drogą tuż obok stygnącej i wciąż parującej lawy oraz przez sąsiadującą z wulkanem miejscowość Grindavik, które zostało ewakuowane w związku z erupcją i wyglądało niczym „ghost town”.

Kolejnym interesującym i jednocześnie odstraszającym wielu faktem jest to, że Islandia jest jednym z najdroższych krajów na świecie (w Europie zajmuje drugie miejsce za Szwajcarią, tuż przed Norwegią – swoją drogą kilka razy mogę odwoływać się do tego kraju i porównywać naszą wycieczkę po Islandii z tą z zeszłego roku po Norwegii). No i faktycznie tanio nie jest, ale ponoć da się żyć z jedną nerką… A jeśli nie jesteście gotowi pozbywać się swoich organów, to postaram się przekazać kilka wskazówek jak wydać nieco mniej.

Głównymi kosztami, poza biletem lotniczym, będą noclegi (średnia cena to 600-1000 zł za noc – ewentualnie od ok. 400 zł za noc w hostelu ze wspólną łazienką) oraz wynajem auta. Ponoć jest jakaś komunikacja międzymiastowa, ale nikt nie poleca tej formy, jeśli chcemy pozwiedzać. Wynajem samochodu oczywiście też tanie nie jest, więc wynajęcie campervana, który będzie tylko trochę droższe od wynajmu samochodu osobowego, z racji że odchodzi nam koszt noclegów, wydaje się najlepszym rozwiązaniem.

My właśnie zdecydowaliśmy się na taką opcję. I tu chciałbym kilka słów o tym. Mamy do wyboru sporo opcji – zależnie od naszego budżetu i akceptowalnego komfortu. Dla największych twardzieli dostępna jest opcja małego suv-u typu Dacia Duster z rozkładanym namiotem na dachu, lub wręcz osobówka + namiot. Biorąc pod uwagę dość niską temperaturę, częste deszcze i silne wiatry, nie mogę sobie wyobrazić nocy w namiocie, nawet na dachu auta. Kolejną opcją, nieco droższą, są tzw. mini-kamperwany na bazie małych aut dostawczych, np. VW Caddy, poprzez nieco większe, jak Fiat Scudo, aż do pełnoprawnych kamperów za miliony monet. Bałem się najmniejszej opcji, więc mimo, że byliśmy we dwójkę wziąłem 3-osobowe, gdzie całkiem komfortowo można w środku rozłożyć stolik, przygotować prosty posiłek i posiedzieć, a nie tylko leżeć. Warto też rozważyć opcję z ogrzewaniem postojowym (nie wszystkie auta są w nie wyposażone). Temperatura nawet latem rzadko przekracza 15 stopni w ciągu dnia. Nocą spada do ok. 9, więc tzw. webasto zdecydowanie podnosi komfort.


Na Islandii macie jeszcze do wyboru auta i kamperwany z napędem na obie osie. Są droższe od swoich przednionapędowych odpowiedników, ale jeśli planujecie wjechać w głąb kraju, a nie tylko wzdłuż wybrzeża i zwiedzać tzw. Interior, to musicie mieć porządny napęd na wszystkie koła. Spotkacie drogi oznaczone literą F, gdzie można wjechać tylko pojazdami 4x4. Ale warto mieć również doświadczenie, bo z tego co czytałem, wiele tras jest bardzo wymagających, włącznie z przeprawami przez rzeki. My, mając jednak dość mało czasu (5 dni) wiedzieliśmy, że z off-road’u i tak nie skorzystamy.

Przeglądając ceny wynajmu musimy jeszcze doliczyć ubezpieczenie. Nie warto tu oszczędzać i lepiej zapłacić kilka stówek więcej, ale mieć spokojną głowę, bo nie trudno o odpryski lakieru, przebitą oponę czy zbitą szybę przez kamyki wylatujące spod kół poprzedzających pojazdów (nawet jak nie wybieracie się na off-road, nie unikniecie szutrowych dróg). A takie naprawy z własnej kieszeni naprawdę mocno zabolą.

OK, transport mamy ogarnięty, noclegi niby też, bo przecież będziemy spać w aucie, ale niestety nie jest to takie proste. We wspomnianej Norwegii prawo stanowi, że możemy nocować praktycznie wszędzie (oczywiście szanując środowisko i zachowując odpowiedni dystans od zabudowań) – i bardzo mi się to podobało. Na Islandii legalnie nie można nocować nawet na parkingach czy przydrożnych miejscach na odpoczynek, tzw. „rest areas”. Wszędzie znaki z zakazami. Zostają więc płatne kempingi, których wcale nie ma za dużo. Zatem może się zdarzyć, że musimy pociskać kilkadziesiąt kilometrów, żeby gdzieś się zadokować na noc. Co więcej, czasami jakość i standard pozostawia wiele do życzenia. Raz nie mając już wyboru zjechaliśmy na kemping przy wodospadzie Skogafoss. Ponieważ dotarliśmy tam po godzinach pracy recepcji, nie mogliśmy nawet skorzystać z prysznica – działał na monety: 400 ISK (islandzkich koron, czyli ok. 12 zł/5 minut), których nie mieliśmy.


Przy okazji, to była jedyna sytuacja, w której potrzebowaliśmy gotówki. Poza tym, wszędzie za wszystko można płacić kartą. Ja od kilku lat podczas wyjazdów korzystam z Revolut’a – jest to szczególnie opłacalne poza strefą euro, ponieważ odchodzą nam koszty przewalutowania na lokalną walutę.

Skoro już padła kwota za prysznic, to kilka przykładów innych kosztów. Dla uproszczenia będę już podawał ceny w przeliczeniu na złotówki. I tak, kemping – nawet taki, gdzie musimy dopłacić za prysznic – kosztuje ok. 120 zł za 2 osoby. Litr paliwa: ok. 9-10 zł, kawa: na stacji 15 zł, w kawiarni: 27 zł. Chleb (na szczęście nie jemy go za dużo): 10-15 zł za pół bochenka, skyr (duże opakowanie): 18 zł (wody nie trzeba kupować – bezpłatna kranówka jest pyszna, zdrowa i dostępna). Wrzucam zdjęcie produktów, które kupiliśmy podczas pierwszych zakupów w jednym z tańszych islandzkich supermarketów Bonus. Zapłaciliśmy za nie ok. 330 zł.

Wstęp na atrakcje typu wodospady jest zasadniczo bezpłatny, ale płatne są parkingi przy nich i prawie zawsze jest to 30 zł – niezależnie czy wjedziemy na 10 minut czy na 10 godzin. Kamery sczytują numery na wjeździe i wyjeździe z parkingów. Do płacenia za nie korzystałem z dedykowanej aplikacji Parka. Choć nie doczytałem do końca jak działa i myślałem, że jak podpiąłem kartę i wprowadziłem numery rejestracyjne auta, to już system automatycznie pobierze opłatę. Okazuje się jednak, że mimo wszystko powinienem w aplikacji zameldować się na danym parkingu. Mimo, że o moim błędzie zorientowałem się dość szybko, i meilowo próbowałem wyjaśnij sprawę i opłacić zaległy parking, to nic nie dało i w wypożyczalni przy zdaniu auta czekał na mnie mandat, gdzie zamiast 30 zł musiałem zapłacić prawie 150. Strach pomyśleć co by było gdybym się nie zorientował w porę i uzbierał mandaty z pozostałych parkingów.

Inne atrakcje jak rejsy, przejażdżki czy wstępy do muzeów to już zupełnie inna liga – tutaj kwoty mogą przyprawić o zawrót głowy. Np. jeden z tańszych 3-godzinnych rejsów na obserwację wielorybów, który udało mi się znaleźć kosztował ok. 450 zł za osobę… Ale dość o przyziemnych rzeczach, przecież pieniądze ponoć szczęścia nie dają 😊  Widoki i spędzony z ukochaną osobą czas - już tak.


Nie każdy wie, że latem na Islandii mamy noc polarną, czyli w praktyce w ogóle nie robi się ciemno. Pod koniec lipca ok. godziny 1 zmierzcha, ale nadaj jest dość widno, a od 3-4 już jest z powrotem pełne słońce (zakładając oczywiście, że nie ma chmur). Daje to dodatkowe możliwości, bo nie ogranicza nas światło dzienne i możemy zwiedzać nawet w środku nocy! I tak kilka razy zrobiliśmy. Kładliśmy się po 1, a wstawaliśmy już o 4. Jeśli w środku dnia padało, stawaliśmy na parkingu i spaliśmy z 2 godzinki, po czym ruszaliśmy na dalsze eksploracje. Jest to wyczerpujące, ale tym razem nawet Ewci - która bardziej ode mnie lubi spać – nie przeszkadzał tak intensywny plan. Może to czyste powietrze, a może inny klimat, ale czuliśmy się bardzo rześko i nie brakowało nam tak bardzo snu (OK, odespaliśmy po powrocie).

Podróże to dla również okazja do poznawania lokalnej kuchni i odkrywania nowych smaków. Z powodu kosmicznych cen nie stołowaliśmy się codziennie w restauracjach, ale kilka razy „zaszaleliśmy”, m.in. na naszą rocznicę. Kuchnia islandzka stoi przede wszystkim owocami morza i jagnięciną. Z ciekawszych rzeczy, które próbowaliśmy szaszłyki z jagnięciny i zupa jagnięca, którą przyrządza się z baraniej głowy – nie urzekła mnie, mimo że jagnięcinę bardzo lubię, również w formie hot-doga, bo ten fast-food też tu jest bardzo popularny, smaczny i już cenowo – nomen omen – do przełknięcia. W Reykjaviku polecamy Islenski Barinn, czyli islandzki bar, gdzie możemy pokosztować tradycyjnych rarytasów, takich jak marynowana płetwa wieloryba, lokalne sery, czy prawdziwy wędzony łosoś (smakuje zupełnie inaczej niż te, które jedliśmy w Polsce). Lecz dla mnie nr 1 to hot-dog z homarem. Mięsko tak delikatne, że rozpływało się w ustach. Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka.


Islandczycy, jak zresztą wszyscy Skandynawowie, lubują się w lukrecji. Sam nie przepadam, delikatnie mówiąc, ale trafiliśmy przypadkowo na Þristur – małe batoniki czekoladowe z lukrecją i nugatem, które naprawdę były smaczne.

Ponieważ tradycyjne się rozpisałem, to teraz już w telegraficznym skrócie lista głównych miejsc i atrakcji, które udało nam się odwiedzić w te 5 dni.

  • Grindavík - wspomniane już opustoszałe miasteczko + trekking na aktywny wulkan Geldingadalir;

  • Kerið – jezioro wulkaniczne wewnątrz pięknego krateru o krwistoczerwonych zboczach;

  • Diamond Beach i laguna lodowcowa Jökulsárlón – to był najdalej na wschód wysunięty punkt naszej podróży. Miejsce doprawdy magiczne. Wielkie bryły lodu odpadające z lodowca wpływają do oceanu, gdzie są rozbijane przez bezlitosne wale na małe fragmenty i wyrzucane na czarną jak smoła plażę. Wyglądają jak brylanty rozrzucone na czarnym suknie. Chcieliśmy tutaj trafić przy dobrej pogodzie, więc kiedy prognoza pokazała, że będzie słoneczko następnego dnia między 6 a 8 rano, z rozkoszą wstaliśmy o 4 i pognaliśmy (oczywiście zgodnie z przepisami) ponad 150 km, żeby być na czas. I nie dość, że mieliśmy piękną pogodę to byliśmy praktycznie sami, poza jednym panem fotografem, z którym mam zresztą ciekawą anegdotkę: A więc na plaży strzelam Ewie w pięknej sukni sesję fotograficzną, naturalnie wczuwając się w rolę, gdy podchodzi do nas wspomniany pan, na oko 65+, z aparatem i teleobiektywem większym od mojego… ego i pyta nieśmiało: „O co chodzi? Masz tu profesjonalną modelkę i robisz zdjęcia telefonem? Dlaczego?” Gdy wyjaśniliśmy sytuację, pan zapytał czy może Ewie zrobić kilka zdjęć. Obiecał wysłać na maila, ale jak dotąd nic nie dostaliśmy… Jak zobaczycie Ewę na okładce Vogue czy Elle, dajcie znać, bo jako jej menadżer muszę dbać o nasze interesy.    

  • Svínafellsjökull – lodowiec, którego wielki jęzor mamy praktycznie na wyciągnięcie rki. Trafiliśmy na pochmurny, ale bezwietrzny moment, dzięki czemu mogliśmy usłyszeć proces tzw. cielenia się lodowca. Kolejny przykład, obok wulkanu i wodospadów, gdy doświadczamy niezwykłej potęgi natury.

  • Gígjagjá (Yoda Cave) – czyli Jaskinia Yody – zawdzięcza przydomek swojemu kształtowi przypominającemu słynnego bohatera Gwiezdnych Wojen, szczególnie dobrze widoczna z wewnątrz.

  • Reynisfjara Beach z granitowymi kolumnami, niczym majestatyczne organy – plaża piękna lecz zdradziecka. Owiana złą sławą, ze względu na tzw. sneaker waves, czyli fale pojawiające się znienacka. Jesteśmy przyzwyczajeni, że fale wpływają na plaże mniej więcej na podobną głębokość. Tutaj jednak niespodziewanie może pojawić się fala, która wpłynie 50 metrów dalej niż pozostałe. Mimo ostrzeżeń wiele osób ignoruje ryzyko lub wręcz z premedytacją sprawdza czy uda im się zdążyć przez wodą. Niestety nie wszystkim się udaje. Kilka dni po naszym powrocie czytamy o kolejnych 2 ofiarach, których porwał ocean.

  • Secret Lagoon (Flúðir) – Islandia słynie z gorących źródeł, w sąsiedztwie których budowane są baseny i spa. Najsłynniejsze jest Blue Lagoon. Niestety wraz ze sławą szybuje w górę cena. Na szczęście można znaleźć termy mniejsze, może nie tak wypaśne, ale pozwalające się zrelaksować w dużo niższej cenie. Secret Lagoon jest dobrym wyborem na 2-3 godzinki moczenia i pełnego chill-out’u, i nie zrujnuje nas finansowo.

  • Geysir – to właśnie od jego nazwy pochodzi słowo „gejzer”, którego używamy w wielu językach. To gorące źródło potrafi wystrzelić gorącą wodę na wysokość ponad 80 m (2. miejsce na świecie, po amerykańskim Steamboat). Niestety robi to bardzo rzadko (co kilka lub kilkanaście lat). Niemniej, tuż obok mamy Strokkur, który ku uciesze zgromadzonych turystów tryska wrzątkiem na 20-30 metrów nawet co kilka minut. Robi to piorunujące wrażenie – muszę przyznać, że cieszyłem się jak małe dziecko.

  • Gullfoss – dosłownie „złoty wodospad” jest jednym z najbardziej ikonicznych wodospadów Islandii. Potężny z dwoma stopniami. Jeśli chcemy podejść i podziwiać go z bliska musimy być przygotowani, że kompletnie zmokniemy. Hektolitry wody rozbryzgują się o skały tworząc wrażenie pary, jakby to były gorące źródła.

  • Seljalandsfoss i Gljúfrabúi – kolejne dwa z kilku odwiedzonych przez nas wodospadów. Są szczególnie ciekawe, gdyż w przypadku Seljalandsfoss można wejść za kaskadę i obejrzeć wodospad niejako od wewnątrz, a Gljúfrabúi znajduje się wewnątrz jaskini, i choć nie jest przesadnie duży, akustyka i efekty wizualne zostają w pamięci na długo.
  • Vestmannaeyjar – gdybym miał wybrać tylko jeden najlepszy punkt naszej wycieczki, to byłyby to właśnie wyspy Westmanna. Po pierwsze „upolowaliśmy” wspaniałą pogodę. Pierwotny plan zakładał popłynięcie tam dzień wcześniej, ale po sprawdzeniu pogody, zweryfikowaliśmy plany i była to świetna decyzja (kolejny przykład, że trzeba być tutaj bardzo elastycznym. Plan dobrze mieć, ale pogoda szybko go zweryfikuje). Na głównej wyspie mamy urocze miasteczko z pięknymi domkami i polem golfowym w pozostałości wielkiego krateru, który teraz również służy za amfiteatr podczas różnego rodzaju imprez. Ale to co nas tutaj ściągnęło i absolutnie zauroczyło to cudne maskonury (ang. puffins). Maskonur to średniej wielkości ptak wodny (świetny pływak), którego łacińska nazwa Fratercula arctica oznacza arktycznego braciszka. Jego przesłodki wygląd skradł nasze serca, a dodatkowo  okazało się, że mamy z Ewą coś wspólnego z tymi słodziakami. Tak jak my, maskonury łączą się w pary na całe życie, a potrafią dożywać nawet 30 lat.

  • Þingvellir – park narodowy, gdzie w końcu mogliśmy zobaczyć jakieś drzewa. Generalnie na Islandii nie ma drzew. Jest to skutek intensywnego wylesiania w przeszłości, jak również wynik licznych erupcji i niesprzyjającej gleby. Co prawda widać gdzieniegdzie efekty prób działań rewitalizacyjnych w formie nielicznych szpalerów stosunkowo niedawno posadzonych drzewek, ale to dopiero w tym parku zobaczyliśmy coś co przypomina nasze lasy. Na minus, wraz z roślinnością pojawiają się upierdliwe meszki, które potrafią mocno uprzykrzyć spacery czy biwakowanie. W naszym przypadku nie było dramatu, ale byliśmy przygotowani i mieliśmy ze sobą siateczki. Fani „Gry o Tron” mogą tu rozpoznać miejsca z ekranu, ponieważ niektóre sceny do tego serialu były kręcone właśnie w tej lokalizacji. A amatorzy geologii mogą naocznie doświadczyć zmian jakie zachodzą w skorupie ziemi, bowiem to tutaj stykają się płyty tektoniczne euroazjatycka i północnoamerykańska. Przechodziłem przez mostek zbudowany nad szczeliną, która jeszcze 15 lat temu była normalną szutrową ścieżką, a teraz poszerza się z prędkością 2 cm na rok.  

  • Reykjavik – stolica kraju, której zwiedzanie zostawiliśmy na ostatni dzień pobytu. Większość odwiedzających twierdzi, że nie ma tu zbyt wiele do zobaczenia i 3 godziny w zupełności wystarczą. Nie zgadzam się. Chyba że faktycznie chcemy tylko ograniczyć się do odwiedzenia charakterystycznej katedry (będącej jednocześnie drugim najwyższym budynkiem Islandii) i instagramowej tęczowej ulicy. Ale miasto ma dużo więcej do zaoferowania. W porcie możemy skorzystać z różnego rodzaju rejsów, w tym na obserwację wielorybów. Do wyboru mamy liczne muzea i wystawy, ale ja w szczególności chciałbym polecić dwa miejsca. Jedno z nich to Lava Show. Jedyne miejsce za świecie, gdzie wewnątrz budynku w specjalnym piecu przygotowują prawdziwą lawę o temperaturze 1100’C i wlewają ją do pomieszczenia w którym siedzimy, a prowadzący, bawiąc się ciekłą skałą, opowiada o wulkanach i zachodzących w nich procesach. Kolejna atrakcja to FlyOver Iceland, którego główny punkt to symulator. Siedzimy zapięci niczym na rollercoasterze, nóżki dyndają w powietrzu, a otacza nas potężny ekran wyświetlający obraz w niewiarygodnej rozdzielczości. Dorzućmy do tego wiatr dmuchający w twarz i skomplikowaną maszynerię, która rzuca nami bezlitośnie imitując przeciążenia i czujemy się niczym na motolotni przelatując nad najpiękniejszymi miejscami na Islandii w różnych porach roku. Niesamowite jak łatwo oszukać nasz mózg. I niesamowite jak przepiękna jest Islandia i jak de facto mało udało nam się zobaczyć.

To doświadczenie dodatkowo wzmocniło w nas poczucie niedosytu, ale to dobrze. Więc nie żegnamy się z Islandią, ale mówimy jej „do widzenia”.

A Wam dziękuję za uwagę i życzę wielu takich cudownych podróży.

Fuerteventura - Hiszpania - luty 2026

 [ Post oryginalnie w trzech częściach, stąd podział ] Fuertaventura –  luty 2026 – część 1 Na początek tradycyjnie kilka suchyc...

Popularne