czwartek, 2 lutego 2023

Cypr zimą - cz. 3 - ostatnia

Cypr – część 3 – ostatnia

Gratuluję i dziękuję wytrwałym, którzy przeczytali poprzednie posty.

Dziękuję również za miłe komentarze i utwierdzenie mnie, że faktycznie znajdujecie na moim blogu interesujące rzeczy, które mogą przydać się w podróży – jest to bardzo budujące.

Ale teraz już bez zbędnej zwłoki przechodzę do przedstawienia naszej subiektywnej listy atrakcji Cypru.

Na pierwszy strzał leci Aya Napa, a dokładniej mówiąc tzw. Sea Caves w pobliżu miejscowości Aya Napa na wschodnim krańcu wyspy. Jest to wręcz ikoniczne miejsce, choć chyba lepsze określenie to „instagramowa” miejscówka. Googlując „Cypr” jest duża szansa, że właśnie zdjęcia z tego miejsca ukażą się jako jedne z pierwszych. Oprócz pionowych białych klifów mamy tu „okno” skalne, do którego jest dość łatwe dojście, a w tle przepiękne krystalicznie czyste morze. W sezonie ponoć trzeba czekać w kolejce kilkadziesiąt minut, że ustrzelić sobie fotkę. Kiedy my tutaj byliśmy (przypominam – końcówka stycznia i w dodatku przed południem), praktycznie byliśmy sami. Miejsce słynie również z tego, że są śmiałkowie skaczący do wody z kilkunastometrowego urwiska. Dla mnie wystarczającą adrenaliną było wskoczenie do tej lodowatej wody (zaledwie 17-18 stopni), ale nie mogłem sobie odpuścić. Wiem, dla niektórych to jest dobra temperatura wody. Ja czuję się komfortowo dopiero jak woda ma co najmniej 28 stopni. I to że „morsuję” wcale nie oznacza, że lubię zimną wodę. Ja po prostu lubię to uczuje jak już wyjdę z mroźnej kąpieli i po rozgrzaniu wraca czucie w kończynach, krew zaczyna szybciej płynąć, a endorfiny uderzają do głowy.

Dalej na wschód jest już tylko Cape Greco. Sam cypelek moim zdaniem można sobie podarować, szczególnie, że na sporym jego obszarze jest baza wojskowa i z oczywistych względów wstępu tam nie ma. Ewentualnie w pobliżu możemy odwiedzić kilka jaskiń lub kamiennych formacji m.in. w kształcie mostów. Jeśli macie ochotę na dłuższy spacer, to w okolicy jest polecany park krajobrazowy (National Cape Greco Forest Park).

Zapewne niewiele osób wie, że na Cyprze możemy zobaczyć flamingi i to właśnie zimą. Między listopadem a marcem, tysiące tych różowych długonogich ptaków zamieszkuje cypryjskie słone jeziora, które dostarczają im obfitości ich ulubionego pokarmu – krewetek solankowych (to zresztą tej diecie złożonej głównie ze skorupiaków owe ptaszki zawdzięczają ubarwienie swoich piór - bez tego byłyby białe). W lecie te jeziora wysychają, więc flamingi przenoszą się na inne żerowiska. Jednym z najsłynniejszych takich akwenów jest słone jezioro w Larnace. Niestety nie mieliśmy tu za dużo szczęścia. Wprawdzie widzieliśmy niemałe stadko, ale ze względu na rozmiar jeziora, były w takiej odległości, że równie dobrze mogłoby to być stado orłosępów brodatych czy muflonów śródziemnomorskich (tak, są takie zwierzaki i nawet występują na Cyprze). Nie zauważyłbym większej różnicy.

Tu się nie udało, ale tak łatwo się nie poddaję, zwłaszcza, że moja PP (Piękniejsza Połówka) bardzo chciała na żywo zobaczyć flamingi. Argumenty, że przecież w zoo je widzieliśmy, nie satysfakcjonowały Ewy, więc przy okazji eksploracji okolic miasta Limassol postanowiłem objechać dookoła słone jezioro Akrotiri, licząc że tutaj je znajdziemy. I co z tego, że nagle skończyła się droga i były jakieś napisy (chyba także po angielsku) – kto by to czytał. Cypryjska Google Maps pokazuje, że mogę dalej jechać (wspominałem już o jej złośliwości – wtedy jeszcze jej zaufałem) i mimo że wyglądało to jak wyschnięte suche jezioro i nie przypominało zbytnio drogi, wbrew protestom mojej Żony podążałem za wskazówkami nawigacji jednocześnie próbując jechać po nielicznych śladach opon innych pojazdów – być może innych turystów bezgranicznie ufających nawigacji lub – co jest bardziej prawdopodobne – samochodów terenowych, które zdecydowanie bardziej były przygotowane na takie przygody. Na szczęście, po kilkunastu minutach przeprawy, gdy zaczynałem wątpić w sukces akcji, a Ewa już pisała wniosek rozwodowy, dotarliśmy do bardziej cywilizowanej drogi, i jakby na osłodę, w odległości zaledwie kilkunastu metrów naszym oczom ukazało się małe stadko słodkich różowiutkich flamingów. Yes, I did it! Bez dobrego aparatu nie było szans zrobić ładnego zdjęcia, ale mogliśmy się podelektować tym widokiem.

Przy okazji, flamingi, zwane też czerwonakami, jako jedne z nielicznych zwierząt łączą się w pary na całe życie – normalnie tak jak ja i Ewcia, pewnie dlatego tak nas do nich ciągnęło. Aha, i jeszcze ostrzeżenie: nie próbujcie tego w domu! Ani na Cyprze. Objeżdżanie tego jeziora nie jest dobrym pomysłem. Trzymajcie się utwardzonych dróg. W ten sposób też możecie wypatrzeć czerwonaki.

Kolejnym punktem na mapie głównych atrakcji wyspy jest Skała Afrodyty. Legenda głosi, że to właśnie w tym miejscu narodziła się z morskiej piany bogini piękna i miłości. Ja tam wiem swoje, ta bogini urodziła się we Wrocławiu i jest moją Żoną :D (czy już mi Kochanie wybaczysz przejazd po słonym jeziorze?)

Wracając do skały, miejsce jest ciekawe i warte odwiedzenia. Żądni adrenaliny mogą wspiąć się na skałę lub próbować ją opłynąć – ponoć taki wyczyn zapewnia dożywotnie szczęście. Szczególnie przed zachodem słońca mieni się pięknymi kolorami i w połączeniu z lazurowym morzem dostarcza niebywałych doznań estetycznych.

Zachód słońca możemy również podziwiać na półwyspie Akamas przy wraku statku Edro III, który rozbił się o skały w okolicy Coral Bay w grudniu 2011 roku i pozostał tu dokonać żywota, a jednocześnie stanowić swoistą atrakcję turystyczną. W tym miejscu serdecznie pozdrawiam urocze małżeństwo z Gdańska, które bez naszej wiedzy zrobiło nam kilka zdjęć na tle zachodzącego słońca, bo jak stwierdzili: „Tak pięknie się wkomponowaliście”. Oczywiście przesłali nam kilka zdjęć. Bardzo to było miłe.

Jeśli morze będzie dla was za ciepłe, można wybrać się na kąpiele do Łaźni Adonisa, gdzie według legendy ów bóg miał spotykać się z ukochaną Afrodytą. Dojazd sam w sobie już jest wyzwaniem (pisałem w poprzednim poście), ale pływanie zimą w górskim potoku pod wodospadem, nawet na ciepłym Cyprze to już inny level. Wszedłem, bo jak – ja nie wejdę? Wprawdzie szczerze mówiąc to bardziej wpadłem niż wszedłem, bo kamienie były dość śliskie, ale czego się nie zrobi, żeby rozbawić ukochaną osobę. Poza tym, zrobiłem to z nadzieją, że taka kąpiel zapewni mi wygląd boskiego Adonisa. Cóż, jeszcze nie działa. Może potrzeba trochę więcej czasu…     

O Pafos wspomniałem wcześniej w kontekście lekkiego rozczarowania ze względu na moim zdaniem mało atrakcyjne wieczorne zwiedzanie. Ale absolutnie nie oznacza to, że nie ma tutaj nic do zobaczenia. Polecam zarówno Grobowce Królewskie jak i cały Park Archeologiczny Nea Paphos. W pierwszej lokalizacji możemy zobaczyć około 100 grobowców wykutych w litej skale. Pochodzą z okresu pomiędzy IV w p.n.e a II w n.e. Wbrew nazwie nie były przewidziane dla królów, lecz dla wysokich rangą oficjeli, arystokratów i innych dostojników. Królewskość ma się odnosić do ogromu i rozmachu z jakim były zbudowane. Cena za wejście bardzo przystępna: 2,50 euro od osoby.

Park Archeologiczny to rozległy teren, gdzie możemy podziwiać wykopaliska z okresów od starożytności do średniowiecza, w tym Dom Dionizosa z pięknie zachowanymi, kolorowymi i misternie ułożonymi mozaikami.  

Powoli zbliżając się do końca, wspomnę jeszcze o wąwozie Avakas (Avakas Gorge). O tej porze roku płynie strumień lub po większych opadach rwąca rzeka i nie przejdziemy go całego suchą stopą, ale nawet jeśli mamy wejść zaledwie na kilometr to uważam, że warto. Oprócz pięknych struktur i nawisów skalnych jest to w pewnym sensie ogród botaniczny. Przy wybranych drzewach i innych roślinkach znajdują się tabliczki z nazwami. Wyobrażam sobie, że w lecie ten wąwóz może dawać schronienie przed palącym słońcem. Dojazd prowadzi drogami szutrowymi i do najłatwiejszych nie należy.

I na koniec parę słów o doświadczeniach kulinarnych. Ci z was, którzy śledzą mojego bloga wiedzą, że próbowanie lokalnych potraw stanowi ważny element każdej naszej podróży. Na Cyprze dominuje kuchnia typowo śródziemnomorska, z oczywistych przyczyn przeważają wpływy greckie i tureckie. Mamy więc moje ulubione souvlaki, owoce morza czy rozmaite sery, w tym ser halloumi podawany w różnych wydaniach. Miałem też okazję jeść przepyszne kotlety jagnięce z kością. Ostatni raz takie dobre jadłem kilka lat temu w prawdziwej tawernie na małej greckiej wysepce.

Polecam też spróbować cypryjskiej kawy, która de facto jest kawą turecką, a w Grecji zwaną grecką. Jest to „fusiasty” napar parzony w specjalnym imbryczku. Jeśli lubicie słodką, to informujemy przy zamówieniu, bo jest gotowana od razu z cukrem.

I to by było na tyle. Jak możecie zorientować się po zdjęciach, byliśmy na tej wycieczce sami – bez dzieci czy znajomych. To nasza mała tradycja. Co najmniej raz, a najlepiej dwa razy do roku wyskakujemy z Ewcią na parę dni zacieśniać więzy małżeńskie. Po prostu dbamy o dobro naszych latorośli, bo szczęśliwe dzieci to przede wszystkim szczęśliwi i kochający się rodzice (przynajmniej tak sobie tłumaczę to, że zostawiamy dzieciaki w domu…).

Dzięki za lajki i miłe słowa. Do następnej wyprawy!!!  


















wtorek, 31 stycznia 2023

Cypr zimą - cz. 2

Cypr - część 2

W pierwszym poście przedstawiłem podstawowe informacje o Cyprze, w tym, że należy do Unii Europejskiej, ale nie dodałem, że nie należy do strefy Schengen. W sumie dla przeciętnego turysty z Polski oznacza to tyle, że nie potrzebujemy paszportu (wystarczy dowód osobisty), ale musimy przejść przez kontrolę paszportową zarówno na polskim lotnisku, jak i na Cyprze. Co ciekawe, po przylocie (zresztą również przed wylotem powrotnym) musimy w specjalnym automacie zeskanować dokument, po czym automat robi nam zdjęcie i drukuje świstek papieru z naszymi podstawowymi danymi i kiepskiej jakości zdjęciem jak do listu gończego. Z rzeczonym świstkiem idziemy 5 metrów dalej, gdzie celnik odbiera go od nas i już jesteśmy po kontroli… Dziwna procedura i mało intuicyjna. Na szczęście jest obsługa, która wspiera skonfundowanych podróżnych (trudne słowo, ale chciałem zabłysnąć – a oznacza: zmieszany, zakłopotany, i pochodzi od łacińskiego słowa „confundere”, czyli „mieszać”. Stąd też mamy w angielskim „confused”).
Skoro o językach mowa, to podkreślę, że na Cyprze oficjalnym językiem jest grecki, więc jak już ogarnęliście po wakacjach na Krecie czy Rodos podstawowe „Kalimera” i „Efharisto” to tutaj będzie jak znalazł. Oczywiście praktycznie wszyscy Cypryjczycy, z którymi miałem kontakt, również porozumiewają się w języku angielskim w stopniu komunikatywnym. I znów powtórzę to o czym pisałem już przy okazji innych podróży. W ogromnej większości przypadków poziom tych osób jest duuużo niższy niż poziom wielu naszych rodaków, którzy boją się odezwać bo żyją w przekonaniu, że nie umieją mówić po angielsku. A tak naprawdę blokuje ich strach przed popełnieniem błędów. Nie tędy droga. Trzeba mówić i nie przejmować się ewentualnymi niedoskonałościami. Nobody’s perfect!
Ok, dość moralizowania, przechodzimy do zwiedzania, bo pod koniec stycznia ciężko plażować, więc skoro wybieramy się na Cypr właśnie w porze zimowej to głównie w tym celu, ale co mamy tu do zobaczenia?
Przede wszystkim mnóstwo zapierających dech w piersiach naturalnych formacji skalnych, przepiękne morze o lazurowym odcieniu, ale również i liczne historyczne zabytki. Ze względu na strategiczne położenie, wyspa już od czasów starożytnych była obiektem zainteresowania czy wręcz pożądania wielu władców. Niestety właśnie z tego powodu była intensywnie najeżdżana i plądrowana przez wieki, a czego nie zrabowano zniszczyły trzęsienia ziemi. Cypr leży w rejonie stosunkowo aktywnym sejsmicznie, więc przy odrobinie szczęścia (lub nieszczęścia – w zależności od magnitudy wstrząsów) możemy na własnej skórze doświadczyć efektów tarć płyt tektonicznych.
Szukając zakwaterowania stajemy przed dylematem gdzie najlepiej się zatrzymać. My na nocleg i bazę wypadową wybraliśmy okolice Pafos (na zachodnim wybrzeżu) głównie ze względu na bliskość lotniska, ale nie było to konieczne.
Teraz wybrałbym miasto nadal położone nad morzem, ale bardziej w centralnej części wybrzeża - może Limassol. Lepszy punkt wypadowy zarówno na zachód jak i wschód wyspy, i po krótkich odwiedzinach wydaje się być bardziej atrakcyjny wieczorową porą, gdy nie ma zbyt wielu innych opcji zwiedzania.
Pod tym kątem Pafos mnie rozczarował. Być może w sezonie tętni życiem, ale teraz zupełnie nie zachęcał do wieczornych eksploracji.
Jako środek transportu wybraliśmy auto, szczególnie że wynajęcie małego samochodu jest naprawdę tanie (bez problemu można znaleźć oferty za ok. 50 euro za 4 dni!). Z pełnym ubezpieczeniem kosztowało nas to 88 euro za cały pobyt. Taniej udało mi się jedynie wynająć na Malcie kilka lat temu. Dla porównania, we Włoszech dobra oferta to 80 euro, ale za 1 dzień...
Być może na cenę ma wpływ fakt, że na Cyprze obowiązuje ruch lewostronny, ponieważ jako post-brytyjska kolonia, właśnie taką pamiątkę dostał w spadku.
Moim skromnym zdaniem, nie jest to najlepsze miejsce na pierwszą przygodę z prowadzeniem po pierwotnej stronie (specjalnie nie piszę "po niewłaściwej", bo to nie do końca prawda). Już za czasów starożytnych ogólnie przyjętym zarówno dla pieszych, jeźdźców, jak i zaprzęgów konnych był właśnie ruch lewostronny. Dopiero później (zmianę przypisuje się Francuzom, a zwłaszcza Napoleonowi) wprowadzono w Europie ruch prawostronny, który wydaje nam się taki oczywisty i jedynie słuszny (zdaje się pisałem o tym w jednym z poprzednich postów).
Na szczęście miałem już trochę doświadczenia jeżdżąc autem z kierownicą po prawej stronie w Szkocji i na Malcie, więc nie miałem wielkich trudności. O ile w UK ogromna większość skrzyżować to ronda i dobrze oznakowane skrzyżowania, o tyle na Cyprze rond jest stosunkowo mniej, a skrzyżowania są duże i światła mało intuicyjne. W konsekwencji próbując przebić się przez duże skrzyżowanie na prawoskręcie, raz zostałem obtrąbiony. Jednak po 4 dniach i przejechanych ponad 800 km, tak wbiłem sobie do głowy trzymanie się lewej strony, że w poniedziałek wyjeżdżając spod pracy pięknie wpasowałem się na przeciwny pas i z oburzeniem widzę, że jakiś idiota jedzie pod prąd. Sekundę później zorientowałem się, że to ja jestem tym idiotą… Przepraszam pana z Forda, którego zapewne przyprawiłem o szybsze bicie serca.
Ciekawym rozwiązaniem jest stosowanie rozróżnienia kolorystycznego tablic rejestracyjnych. Auta z wypożyczalni mają czerwone rejestracje. Lokalsi od razu wiedzą, że prowadzi turysta i może wywinąć jakiś numer.
Koszt paliwa to ok. 1,37 euro/l, czyli nawet przy drogim euro jest taniej niż w Polsce (wiem, pan Ob(sr)ajtek, aka Don Orlen'one mówi, że to w trosce o nas, żebyśmy nie dostali szoku lub żeby nam Cypryjczycy i inni nie wykupili paliwa). Ale przecież nas stać…
Stacji benzynowych jest bardzo dużo i mamy panów, którzy pomogą zatankować. Problem w tym, że nawet jak jest obsługa to musimy zapłacić z góry wybierając kwotę, za którą chcemy nalać paliwa. Mamy mały szkopuł jeśli chcemy do pełna (ja wolę wypożyczać auto z opcją „full -to-full”, czyli dostajemy auto z pełnym bakiem i z takim musimy oddać). Więc może się zdarzyć, że z karty ściągnie nam np. 50 euro, ale paliwa wejdzie za 40-45. Nadpłata będzie zwrócona na konto za jakiś czas. Panowie nie bardzo mogli mi wytłumaczyć co przy płatności gotówką, bo automat przyjmował jedynie banknoty 10, 20 i 50 euro i nie wydawał reszty…
Dodatkowo w poruszaniu się autem po Cyprze nie pomaga fakt, że do wielu atrakcji dojazd prowadzi wyłącznie drogami szutrowymi. W wypożyczalni jest ostrzeżenie, że nie można zjeżdżać off-road. Specjalnie nie dopytywałem czy drogi szutrowe to już off-road czy nie, bo wiedziałem, że i tak będę po nich jeździł, choć przy niektórych podjazdach i zjazdach miałem duszę na ramieniu, bo nie trudno tam złapać kapcia, porysować samochód lub nawet urwać elementy zawieszenia. Wielu turystów zostawiało auta przy drodze asfaltowej i szło nawet kilka kilometrów na pieszo. Nam na szczęście nic złego się nie przytrafiło.
Szczególnie dojazd do Łaźni Adonisa stanowił nie lada wyzwanie. Nasze małe „pierdzikółko” ledwie dawało radę na stromych podjazdach szutrową drogą. Momentami przypominało to off-road, ale znaki zapewne przezornie postawione przez właściciela jakby czytały w myślach przyjezdnych i co kilkaset metrów zapewniały: „Droga odpowiednia dla wszelkich pojazdów”.
Dodatkowo, nawigacja GPS na wyspie działa trochę swoim życiem. Czasem miałem wrażenie, że Google Maps bawiło się ze mną w kotka i myszkę. Jakby testując moje umiejętności, prowadziła uparcie wąskimi osiedlowymi uliczkami, gdy później przekonywałem się, że jest dużo prostsza i przyjemniejsza droga. Zdawała się droczyć ze mną i w duchu się ze mnie śmiać: „Tak, wjedź tutaj! Co, boisz się? Przecież nie wyprowadziłabym cię na skraj urwiska…” Tak, uważam, że Google Maps jest kobietą, i to taką, która za mną nie przepada.
Lecz mimo drobnym wyzwań, osobiście nie wyobrażam sobie zwiedzania bez auta. Choć wiem, że można i dużo osób tak robi. Ponoć komunikacja publiczna działa dobrze i jest niedroga. Szczególnie polecają pociągi - jak ktoś z Was potwierdza, że podróże koleją na Cyprze to świetny pomysł, to dajcie znać w komentarzach.*
Tak jak już wspomniałem, my zrobiliśmy naszym autkiem ponad 800 km, a i tak udało się zobaczyć zaledwie część z licznych atrakcji. Gdybyśmy mieli jeździć autobusami, zobaczylibyśmy maksymalnie połowę z tego.
Znowu się rozpisałem i nie dotarłem do najważniejszych spraw. Obiecuję, że w kolejnym – ostatnim poście będą już konkrety o tym co zobaczyliśmy (i czy naszym zdaniem warto te miejsca odwiedzić), o tym co jedliśmy (ze specjalną dedykacją dla mojej kochanej Siostrzyczki) i o flamingach.
*Mały żarcik - na Cyprze nie ma kolei.


niedziela, 29 stycznia 2023

Cypr zimą - cz. 1

 Kawałek lata w środku zimy – CYPR cz. 1

Właśnie wróciliśmy (29 stycznia) z krótkiego wypadu poza nasze granice i tradycyjnie spieszę z relacją, licząc że może kogoś zainspiruję do planowania kolejnej podróży, a może wręcz przeciwnie – utwierdzę w przekonaniu, że lepiej siedzieć na miejscu… 
Przypominam, że tutaj przedstawiam osobiste doświadczenia i jest to subiektywna ocena moich i Ewy wrażeń. Zachęcam do komentowania, dyskusji lub pytań. Przypominam również o innych wpisach na moim blogu z poprzednich miejsc, które odwiedziliśmy. Link do bloga w komentarzu.

Dlaczego Cypr, i dlaczego zimą? Postaram się poniżej odpowiedzieć na te pytania.

Po pierwsze, bo jest taniej! Pierwotnie mieliśmy szukać śniegu, żeby pojeździć na nartach i desce, ale jak zobaczyłem ceny noclegów, wyżywienia i skipass’ów, a na dodatek jeszcze wcale nie ma pewności, że śnieg będzie nawet w Austrii czy Włoszech, to stwierdziłem, że nas nie stać i lecimy coś pozwiedzać, a może uda się jeszcze złapać witaminę D i naładować akumulatory (tak, zarówno ja jak i Ewcia jesteśmy zasilani energią słoneczną – odkryłem to dawno zanim panele fotowoltaiczne weszły do powszechnego użytku).

Po drugie, bo na Cyprze jest piękna pogoda nawet jak jej nie ma (tak, tak - brzmi to trochę zagadkowo, ale objaśnię później) i przepięknie zielono.

Po trzecie, bo jest stosunkowo blisko i mamy do wyboru sporą ilość lotów z wielu polskich miast, w tym z Wrocławia zarówno do Pafos (z Ryanair’em) jak i do Larnaki (z Wizzair’em). My wybraliśmy Ryanair głównie z powodu atrakcyjnej ceny, którą udało nam się wyhaczyć, ale również ze względu na dogodne dni i godziny lotów (wylot środa rano, powrót niedziela wczesne popołudnie). Cztery noce i praktycznie pełne cztery dni na zwiedzenie i wypoczynek (choć w naszym przypadku wypoczynek jedynie psychiczny nie fizyczny).

A na dodatek jest pusto. Podejrzewam, że w sezonie letnim może być i tłoczno i drogo.

A tak, zaledwie 3 godziny lotu i zamiast mroźnej pogody, szarego i zachmurzonego nieba, mamy piękne błękitne niebo i +20 stopni.

Minusy podróży na Cypr zimą? Może padać i wiać. Pogoda może zmienić się jak w kalejdoskopie. Prognoza może pokazywać w kolejnym tygodniu piękne słońce, ale będzie padać, lub vice versa. Nam się trafiło, odpukać - jak zawsze. Nie chcę zapeszyć, ale faktycznie mamy szczęście, bo zwykle rezerwujemy loty co najmniej kilka tygodni lub nawet kilka miesięcy wcześniej i jaka będzie pogoda to czysta loteria.

U nas w środę i czwartek było piękne słoneczko i temperatury rzędu 19-20 stopni (wieczorem temperatura spada nawet do 14, więc ciepła bluza musi być), w piątek dla urozmaicenia niebo troszkę się zachmurzyło i wiał silny wiatr. Choć "silny" to pojęcie względne, bo prognoza pokazywała wiatr "umiarkowany", a ja miałem wrażenie, że chce mi łeb urwać. Ciekawe jak wygląda "ich" porywisty wiatr. Ale nie żebym narzekał: mimo wiatru było dość ciepło (nadal koło 18 stopni) i przyjemnie się zwiedzało. W sobotę w ciągu dnia ani śladu po wietrze i chmurach, tylko wieczorem popadało (jakieś 2 godzinki i to wszystko). Na zwiedzanie (bo taki był nasz główny cel), pogoda wymarzona.

W niedzielę Cypr żegnał nas znów piękną pogodą. Na płycie lotniska jeszcze słoneczko mocno przypieka i zdaje się wołać: „Dokąd jedziecie? Zostańcie na dłużej”. Ale trzeba wracać do domu, do dzieci, do pracy. Całe szczęście, że oboje z Ewą uwielbiamy swoją pracę i powrót nie jest wcale przykry. Tylko ta pogoda…

Kolejny minus? Morze nie będzie ciepłe (choć fani Bałtyku nie powinni narzekać, bo woda ma temperaturę ok. 17-18 stopni, czyli tyle co nasze morze w lecie). Oczywiście nie darowałbym sobie gdybym będąc na Cyprze nie wszedł do morza. Pomocne okazało się moje doświadczenie w morsowaniu i kilka razy się zanurzyłem, choć prawdziwą przyjemność czerpię dopiero przy temperaturze wody bliżej 30 stopni, ale o tej porze roku nie można tu na to liczyć.

Po stronie wad zapisałbym też krótszy dzień. Słońce zachodzi tuż po godzinie 17, więc automatycznie mamy mniej czasu na podziwianie pięknych widoków i okoliczności przyrody. Pozostaje
Pozostałe „za i przeciw” wywnioskujcie sobie sami z treści moich opowieści.

To tyle tytułem wstępu (wiem, wiem, jak zwykle się rozpisałem), a teraz do rzeczy. Ponieważ chcę, aby mój blog pełnił również funkcję edukacyjną, oto kilka faktów o Cyprze.

Wyspa leży we wschodniej części Morza Śródziemnego i teoretycznie znajduje się w Zachodniej Azji, choć państwo Cypr należy do Europy i jest członkiem Unii Europejskiej (tak jak Polska dokładnie od 1 maja 2004 r.). Obowiązującą walutą jest Euro. Ludność całkowita to zaledwie 1,2 miliona.

Jeśli chodzi o powierzchnię to jest to mniej więcej połowa powierzchni Dolnego Śląska. A w linii prostej odległość między krańcami to jakieś 200 km. Ponieważ teren jest dość górzysty, dotarcie z jednego końca na drugi zajmuje dużo więcej czasu niż mogłoby się wydawać patrząc tylko na dystans (o poruszaniu się samochodem będzie później).

Wyspa jest podzielona. Większa część (zachód i południe) to greckojęzyczna Republika Cypru, a część turecka to północno-wschodni kraniec wyspy (ok. 1/3) – tzw. Turecka Republika Cypru Północnego - nieuznawana jednak na arenie międzynarodowej.
Sama stolica Nikozja (choć faktyczna nazwa to Lefkozja), również jest podzielona. Podzielone są także opinie co do tego czy warto ją odwiedzić. Chcielibyśmy sami się przekonać i wyrobić sobie opinię, ale zabrakło już czasu.
Na wyspie są również bazy brytyjskie (na mapach oficjalnie terytorium Zjednoczonego Królestwa, choć granicy nie ma).

Historia Cypru jest bogata i burzliwa. Bardziej dociekliwych odsyłam do źródeł w internetach; tutaj nie znajdę już miejsca, żeby o tym pisać. Dodam tylko tyle, że właśnie dzięki temu widać różne wpływy na wyspie i bogactwo kulturowe.

Co najbardziej zaskoczyło mnie w Cyprze to fakt, że uprawiane są tu banany. Szczególnie na zachodnim wybrzeżu, rejon Pafos jest usłany plantacjami. Po prostu przy drodze, nieogrodzone można podziwiać piękne bananowce i z bliska zobaczyć potężne kiście zabezpieczone workami. Worki zakładane są w celu zapewnienia ochrony przed insektami, piaskiem niesionym przez wiatr, bezpośrednim wpływem promieni słonecznych oraz dla wywołania efektu szklarniowego.

Oprócz bananów, już mniej zaskakujące, są liczne sady pomarańczowe, mandarynkowe, winnice czy gaje oliwne.

Na dziś tutaj muszę zrobić pauzę. Jeśli się podoba, dajcie znać. Ale i tak będę pisał dalej!

(W kolejnej części lub częściach – zobaczymy jak mi pójdzie pisanie – przeczytacie o wybranych atrakcjach, o tym jak się jeździ po Cyprze, i jak flamingi mogły doprowadzić do naszego rozwodu...)























poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Egipt - cz. 2 (Marsa Alam, Luxor)

W pierwszym poście skupiłem się na podwodnych walorach Egiptu, bo to właśnie najbardziej mnie w tym kraju pociąga. Pisałem, że mieliśmy świetną lokalizację do snurkowania. Zapomniałem dodać, że ta zatoka o dźwięcznej nazwie Abu Dabbab jest to również idealny miejscem do nurkowania głębinowego. Mieszczą się tu 2 lub 3 centra nurkowe. Widziałem też, że z innych hoteli organizowali wycieczki na nurkowanie na naszą plażę – takie to fajne miejsce

Wiem, że część osób ma opory przed wyjazdem do Egiptu. Jednym z powodów są obawy o wysokie temperatury. To prawda, że jest ciepło… no dobra, jest gorąco, ale osobiście wolę 36 stopni w Egipcie niż 30 stopni w Polsce. Szczególnie, że dojść często wieją wiatry, a będąc tuż przy wodzie możemy dać nura i ostudzić nieco rozgrzane ciało. Bliskość plażowego baru z zimnymi napojami również pomaga przetrwać upał.
Jeśli mimo to takie temperatury stanowią barierę nie do przebycia, to pamiętajcie, że Egipt można odwiedzić poza sezonem letnim. Wprawdzie tylko z teorii, ale wiem, że nawet w grudniu czy styczniu temperatura powietrza jest na przyzwoitym poziomie ponad 20 stopni (choć w nocy może spaść do 14). Temperatura morza ponoć nie spada poniżej 20 stopni.
Kolejnym często powtarzanym argumentem kontra Egipt jest „klątwa faraona”, czyli problemy żołądkowe. Słyszałem o różnych metodach zapobiegania „klątwie”. Od zażywania probiotyków jeszcze przed przyjazdem, przez unikanie lodu w drinkach czy niepłukania ust wodą z kranu, do regularnego picia mocnego alkoholu, w celu odkażania. Powiem tak: byliśmy grupą 12 osób i różne metody były stosowane. Wygląda na to, że nie ma żadnej reguły. Oszczędzę Wam szczegółów, ale większość dopadł zaledwie łagodny faraon. Chyba tylko dwójka z nas bardziej to odchorowała. Ewcię w ogóle nie ruszyło (może dlatego, że głównie żyje z miłości do mnie i nie musi za dużo jeść). Część z nas musiała po prostu troszkę częściej odwiedzać toaletę (biegunka to taki wredny paradoks, bo jednocześnie jest często i rzadko… - przepraszam za ten suchar, ale nie mogłem się powstrzymać). Polecam brać przywieziony z Polski Nifuroksazyt, ewentualnie zakąsić dodatkowo Enterolem i bawimy się dalej.
Na pocieszenie dodam, że choć Egipcjanom nie doskwiera „klątwa faraona”, to cierpią na „klątwę Polaka”. Kto zgadnie co się pod tym kryje? Wyobraźcie sobie, że Polak namówi do picia Egipcjanina, który jako Muzułmanin raczej stroni od alkoholu, a i główkę ma słabą. Egipcjanin odchoruje to przez co najmniej 3 dni.
Skoro padło słowo Muzułmanin, to może dwa słowa o religii. Inne wyznanie i odmienna kultura również potrafi odstraszyć potencjalnych turystów. Oczywiście jeśli planujemy dużo się przemieszczać i odwiedzać miejsca kultu to powinniśmy zaznajomić się z zasadami panującymi w danym miejscu i do nich się stosować. Jeśli podróżujemy w okresie ramadanu (miesięczny okres postu) to możemy napotkać trudności o zachodzie słońca, kiedy wszyscy muzułmanie po całym dniu poszczenia udają się na posiłek. I nic ich nie interesuje, że są w pracy na lotnisku, a tobie zaraz odleci samolot: „Ja mam teraz przerwę i co mi pan zrobi?” (mieliśmy taki incydent raz w przeszłości, na szczęście z happy endem). W hotelu w żaden sposób nie powinniśmy odczuć inności. Ewentualnie możemy usłyszeć nawoływania i modły (bo śpiewem trudno to nazwać) z pobliskiego meczetu. Co niektórych może dziwić brak kobiet wśród obsługi hotelu czy sklepów. Tak, widziałem dosłownie „jedną” pracującą kobietę, i to dopiero na lotnisku, przy kontroli bezpieczeństwa. Reszta to sami mężczyźni.
A propos, podczas wycieczki wpadła mi w ręce książka pt. „Prawa kobiet w Islamie”. Jak się możecie domyślić nie była zbyt gruba. Z ciekawości postanowiłem ją przeczytać, bo zawsze odnosiłem wrażenie, że w Islamie kobieta ma delikatnie mówiąc bardzo ograniczone prawa. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to wszystkie inne kultury i religie są „bee” i przez wieki uciemiężały płeć piękną, a jedynie Islam jest „cacy” i naprawdę dba o kobiety. Niestety książeczka okazała się perfidną propagandą zmanipulowaną niczym paski wiadomości w TVP.
Nie zrozumcie mnie źle, uważam się za osobę tolerancyjną wobec wszystkich wyznań. To był przykład manipulacji jakiej niestety można doświadczyć również w innych religiach. A tym, co możliwość posiadania czterech żon jaką daje Islam uważają za kuszącą przypominam, że oznacza to również 4 teściowe… Nadal zainteresowani? Tak myślałem. (Ja oczywiście mam cudowną Teściową, którą niniejszym pozdrawiam).
Jak wspomniałem na początku, Egipt stoi nie tylko morzem i rafą koralową ale również, a dla niektórych przede wszystkim, licznymi zabytkami unikalnymi na skalę światową. Z Marsa Alam nie wybierzecie się raczej do słynnych piramid w Gizie czy muzeów w Kairze, gdyż są oddalone o blisko 800 km. Natomiast Luksor jest bardziej dostępny, choć i tu trzeba się przygotować na kilkugodzinną podróż. Długo się wahaliśmy czy jest sens szarpać się na tak męczącą wyprawę (średnie temperatury w tym mieście w sierpniu wynoszą 42 stopni), ale w rezultacie się zdecydowaliśmy i nie żałujemy.
Do samych zabytków przejdę za chwilę, choć dla mnie najciekawszym fragmentem była sama droga obserwowana z okna autokaru. 95% powierzchni Egiptu stanowi pustynia, ale na południowym wschodzie nie jest to pustynia jaką sobie wizualizujemy myśląc o piaszczystej Saharze. W większości jest to kamienisty teren z większymi lub mniejszymi górkami. Bardzo monotonny bezkresny teren zasadniczo niezamieszkały. Wyjątkiem są Beduini, ludy plemienne, które potrafią znaleźć wodę (głównie przy pomocy wielbłądów wyczuwających podziemne źródła i wskazujących im miejsca na budowę studni) i przeżyć w tych niegościnnych warunkach.
Niesamowite wrażenie robi nagłe przejście z tych suchych wypalonych przez słońce terenów w obszar z bujną roślinnością i soczystą zielenią. Dojeżdżając do Nilu, a w zasadzie do terenów zalewowych tej najdłuższej rzeki świata, krajobraz zmienia się radykalnie. Tutaj widać gołym okiem jaki ogromny wpływ na przyrodę i osadnictwo (w tym rolnictwo) ma dostęp do słodkiej wody. Jadąc blisko 70 km wzdłuż Nilu od miejscowości Kina do Luksoru, nieco z przerażeniem, nieco z fascynacją oglądałem świat, który miałem wrażenie zatrzymał się jakieś 50 lat temu. Głównym środkiem transportu przy pracach polowych jest dwukołowy wóz zaprzęgnięty w osła. Większość aut pamięta lata 70-te, asfaltowe są tylko główne drogi, a co drugi budynek wygląda jak po bombardowaniu. Wszechobecne śmieci zalegające przy drodze i w rowach (niestety również w rzece) dodatkowo potęgują wrażenie kraju pochłoniętego w ubóstwie i chaosie.
Można by pomyśleć, że to niebezpieczne miejsce. Cóż, władze chyba też tak uważają, bo co kilka kilometrów są punkty kontrolne z policjantami uzbrojonymi po zęby i wieżyczkami, z których wystaje tylko lufa karabinu. Dodatkowo, wszystkie autokary z turystami muszą przejechać przez bazę policyjną w mieście Safadża, gdzie pilot przekazał listę uczestników, a w autokarze zasiadł gentelman, który towarzyszył nam przez prawie całą podróż (15 godzin). Ubrany w elegancki garnitur z bronią pod marynarką wyglądał na agenta FBI, a był to tzw. policjant turystyczny. Ponoć to wszystko dla naszego bezpieczeństwa. Myślę że to pokłosie dawnych ataków terrorystycznych (ostatni krwawy atak miał miejsce w Luksorze w 1997 roku). Skoro ostatnio nic się nie wydarzyło to ochrona chyba działa.
Wiem, że to wszystko co napisałem może nie zachęcać, a wręcz odstraszać, ale taki jest świat: zróżnicowany. I warto to zobaczyć na własne oczy, żeby nabrać perspektywy. Może to nieco egoistyczne podejście, ale w takich sytuacjach dużo łatwiej docenić to co mamy i zdać sobie sprawę, że nasze problemy są naprawdę błahe.
Przechodząc do zabytków, w Luksorze, czyli dawnych Tebach, najpierw zwiedziliśmy zespół świątyń Karnaku. Do wejścia prowadzi aleja z 40 sfinksami o głowach barana. W centralnym miejscu znajduje się największa na świecie świątynia ze 134 wysokimi na 23 metry rzeźbionymi kolumnami. Potężne kamienne pylony, posągi i obeliski robią niewiarygodne ogromne wrażenie, szczególnie gdy uzmysłowimy sobie, że przecież nie mieli do dyspozycji wyszukanych maszyn i dźwigów, a tylko proste narzędzia i siłę mięśni.
Z jednej strony fascynowały mnie te budowle, a z drugiej strony nie mogłem pozbyć się uporczywej myśli jakie to trzeba mieć niebywale nadmuchane ego, żeby coś takiego tworzyć na swoją cześć. I to na nieszczęście kosztem tysięcy ludzkich istnień, które musiała pochłonąć wieloletnia budowa tych potężnych konstrukcji. Chyba że przyjmiemy, że to kosmici za tym stoją...
Zaliczyliśmy również rejs po Nilu. Dla wielu spotkanie z tą rzeką może być rozczarowaniem. Przynajmniej w tym miejscu nie robi spektakularnego wrażenia. Powiedziałbym średniej wielkości rzeczka, przypominająca naszą Odrę. Niestety dużo brudniejsza.
Kolejnym punktem jest Dolina Królów z wykutymi w skałach licznymi grobowcami (w tym Tutanchamona i kilku Ramzesów). Tutaj to był już prawdziwy hardcore. Temperatura w dolinie wynosi ok. 45 stopni, a ukształtowanie terenu sprawia, że powietrze praktycznie stoi. Łudzę się, że w grobowcach znajdziemy ochłodę, w końcu są wryte w skałę na ponad 100 metrów. Nic z tego, brak wentylacji plus duża ilość turystów zafundowały nam istną saunę, choć muszę przyznać, że ściany były pięknie udekorowane hieroglifami i innymi rysunkami. Próbowałem rozszyfrowywać te ścienne hieroglify, ale wychodziły mi same świństwa…
Później jeszcze kolosy Memnona i świątynia królowej Hatszepsut, która była jedną z zaledwie 4 kobiet, które nosimy miano faraona. Przyznaję, że budowla robi wrażenie, szczególnie ze względu na lokalizacje tuż pod gigantyczną ścianą skalną. Świetna kondycja budowli (również za sprawą polskiego zespołu archeologów) również zasługuje na uznanie.
Jak wspomniałem, podróż długa i męcząca, ale jeśli chcemy zobaczyć choć urywek prawdziwego Egiptu, to warto.
Z innych atrakcji mogę również polecić przejażdżkę quadem po pustyni i odwiedziny w wiosce beduińskiej, gdzie możemy zobaczyć (oczywiście z pewną dozą sztuczności i teatrzykiem pod turystów) jak te koczownicze plemiona żyją w niesprzyjających warunkach bez elektryczności z dala od cywilizacji.
Na zakończenie, wrócę do tematu samego hotelu. Mam pewne opory przed poleceniem go, gdyż wiem na pewno, że bez trudu można znaleźć dużo lepszy hotel – w lepszym standardzie i z lepszą formułą all inclusive. Nie wiem natomiast czy można znaleźć lepszą lokalizację (mam na myśli plażę, rafę koralową i żółwie). Stąd mój dylemat.
Nazywa się Malikia Resort Abu Dabbab. My tym razem lecieliśmy z biura Sun&Fun, choć hotel jest też w ofercie Itaki. Rezerwowaliśmy jeszcze w styczniu, przed wybuchem wojny w Ukrainie, szybowaniem cen ropy czy spadkiem złotego, więc cena była stosunkowo atrakcyjna. Widzę, że na koniec sierpnia są jeszcze oferty last minute za ok. 3600 zł/os. za 7 dni. Czy uczciwie porównując ofertę nadbałtyckich hoteli o podobnym standardzie z pełnym wyżywieniem (lub opcją all inclusive) oraz koszty dojazdu wyjdzie taniej? Szczerze wątpię, ale możecie mnie poprawić.
To już koniec. Gratulacje dla wytrwałych, którzy doczytali do końca. Dajcie znać czy Was nie zamęczyłem, bo wyjątkowo się tu rozpisałem. A jeśli macie jeszcze jakieś pytania z chęcią odpowiem.


























Cypr zimą - cz. 3 - ostatnia

Cypr – część 3 – ostatnia Gratuluję i dziękuję wytrwałym, którzy przeczytali poprzednie posty. Dziękuję również za miłe komentarze i utw...

Popularne