Wróciliśmy z czterodniowej wycieczki po zachodniej części Andaluzji. Warto wiedzieć, że cały region jest ogromny – ma powierzchnię ponad czterokrotnie większą od województwa dolnośląskiego. Nie sposób zwiedzić go całego nawet w dwa tygodnie. Dlatego zamiast próbować zobaczyć wszystko, postanowiliśmy skupić się na jednym fragmencie i poznać go trochę lepiej.
Jak to zwykle u nas bywa, wszystko zaczęło się od trafienia na tanie bilety z Wrocławia do Sewilli na przedostatni tydzień czerwca. Po zakończeniu roku szkolnego ceny były już trzykrotnie wyższe. Wcześniej z kolei nie mogliśmy, więc mieliśmy pewne obawy, czy nie będzie za gorąco, ale zaryzykowaliśmy. Plan zakładał skupienie się na zachodnim wybrzeżu, w okolicach Kadyksu, gdzie dzięki bliskości oceanu temperatury są znacznie przyjemniejsze.
I rzeczywiście – różnica okazała się ogromna. W Sewilli było 38°C, około 100 km dalej na zachód już całkiem przyjemne 27°C, a na samym wybrzeżu zaledwie 24°C.
Noclegi zaplanowaliśmy w uroczej miejscowości El Puerto de Santa María. Mogę ją śmiało polecić jako świetny punkt wypadowy do zwiedzania tej części Andaluzji. Do Kadyksu jedzie się około 20 minut, podobnie do Jerez de la Frontera. W okolicy nie brakuje też szerokich, piaszczystych plaż.
O transporcie publicznym nie napiszę nic, bo tradycyjnie poruszaliśmy się wypożyczonym autem. W Hiszpanii ceny wynajmu są naprawdę atrakcyjne, drogi są dobrej jakości, a kierowcy… normalni. Niech każdy zinterpretuje to po swojemu.
Problemem bywają parkingi. Trudno znaleźć wolne miejsce przy ulicy, a podziemne potrafią być drogie (w Kadyksie płaciłem prawie 3 euro za godzinę). Za to bezpłatne parkingi często są „obsługiwane” przez samozwańczych parkingowych, którzy „tylko proszą” o wsparcie.
Swoją drogą odbyłem tam pierwszą w życiu dyskusję (żeby nie powiedzieć: kłótnię) po hiszpańsku z takim właśnie delikwentem. Bardzo źle przyjął moje zapewnienia, że nie mam gotówki. Co swoją drogą było prawie prawdą – nie miałem jeszcze żadnych drobnych i nie zamierzałem wyciągać banknotów.
Rzucił coś w stylu: „Nie masz pieniędzy? A wstydu też nie masz?”. No to mnie trochę ruszyło. Zacząłem rozwijać temat moralizowania przez osobę, który ewidentnie miała problemy z używkami, ale Ewa skutecznie odciągnęła mnie, zanim sytuacja się zaogniła.
Patrząc z perspektywy, była to całkiem dobra lekcja hiszpańskiego. Więc... teraz przyszła mi do głowy myśl, że może jednak powinienem mu zapłacić. W końcu nauka kosztuje.
A propos języków – w Hiszpanii nie zawsze można dogadać się po angielsku. Na lotniskach, w hotelach czy większych miastach nie ma problemu, ale w mniej turystycznych miejscach bywa różnie. Dla mnie była to świetna okazja do ćwiczenia hiszpańskiego.
Nie ukrywam jednak, że w restauracjach, bez odpowiednio utrwalonego słownictwa z tego zakresu, miałem problem ze zrozumieniem menu. Kelner próbował pomagać – nie zawsze skutecznie. Co ciekawe, nawet Google i AI czasami kompletnie gubią się przy lokalnych nazwach i potrafią podpowiedzieć coś zupełnie innego.
Udało nam się jednak spróbować wielu lokalnych specjałów. Jak wspomniałem na początku, region słynie z byków, a co za tym idzie... z „byczyzny”. Tak, wiem – właśnie wymyśliłem to słowo – oczywiście chodzi o wołowinę.
W Andaluzji jest mnóstwo hodowli bydła. Jeżdżąc po okolicy, mijaliśmy ogromne pastwiska z leniwie pasącymi się rogaczami. Gdy pytałem, czy to same byki, słyszałem, że zasadniczo tak. Krowy oczywiście też są, ale głównie po to, żeby rodzić kolejne byczki.
Spróbowaliśmy między innymi ogona byka i muszę przyznać, że był przepyszny. Podobno tutejsze mięso jest wyjątkowo delikatne dzięki całorocznemu wypasowi i naturalnej paszy.
Wegetarianie czy weganie nie mają tu łatwego życia. Trudno znaleźć coś bez mięsa albo owoców morza. Nie żebym szczególnie nad tym ubolewał, ale zaskoczyło mnie, jak mało warzyw pojawia się w typowej andaluzyjskiej kuchni. Chyba że zaliczymy do nich ziemniaki – wtedy proporcje od razu wyglądają lepiej.
Więcej o jedzeniu i zwiedzaniu już w kolejnym poście.