Hiszpańska Andaluzja, czyli kraina byków i flamenco
część 2
O bykach już było, więc parę słów o flamenco. Obejrzeliśmy
wprawdzie tylko 1 występ, ale jak typowy Polak, już czuję się ekspertem, więc
się wypowiem 😉.
Bo jeśli myślisz, że to po prostu styl tańca, to jesteś w
wielkim błędzie.
Wyobraź sobie końskie dawki espresso zmieszane z żalem po
stracie portfela, a na koniec doprawione dumą i fochem kogoś, komu buchnięto
ostatni kawałek sernika sprzed nosa.
Oto w wielkim skrócie flamenco – narodowy sport emocjonalny
Andaluzji. A tutaj 4 rzeczy, które odkryłem:
To nie jest taniec towarzyski, a walka. Zapomnij o
uroczych pląsach z partnerem – tancerka walczy solo z grawitacją, podłogą i
własnymi demonami. I jeśli przy tym wygląda, jakby mąż zdradził ją z brzydką
sąsiadką – robi to dobrze. Prawdziwe flamenco karmi się dramatem, a uśmiech
jest tu surowo zabroniony.
Im głośniej, tym lepiej. Podkute gwoźdźmi stopy
tancerzy strzelają z siłą i prędkością karabinu maszynowego – a ja tylko myślę,
czy pierwsze się podda ich stawy czy scena. A jeśli poczujesz potrzebę rzucenia
soczystego „¡Olé!” – zrób to, bo tu się kibicuje jak na meczu, a nie siedzi
cicho jak w filharmonii.
Śpiew jak na średniowiecznych torturach: Śpiewaczka brzmi,
jakby przypalano ją żelazem na hiszpańskiej inkwizycji – chropowato, boleśnie,
jak desperackie wołanie o pomoc kogoś uwięzionego w windzie z teściową. Ja
najpierw myślałem, że nie może wejść w swój rejestr, ale ponoć tak to ma
brzmieć…
Gitara w roli psychoterapeuty: Gitarzysta szarpie
struny z prędkością światła, próbując z jednej strony ostudzić emocje, a z
drugiej dotrzymać kroku wokaliście i tancerzom przeżywającym publiczny kryzys
egzystencjalny.
Uff, to teraz troszkę spokojniej 😊
Gdybyście planowali wizytę w Andaluzji, pierwsze miejsca,
które wyskoczą we wszelkich internetowych źródłach jako must-see, to
niewątpliwie: Caminito del Rey (Ścieżka Króla wyryta w skałach), Ronda
zbudowana na pionowych zboczach wąwozu ze spektakularnym mostem, czy Setenil de
las Bodegas, słynące z ulicy wciśniętej pod ogromny nawis skalny.
Ale jak pisałem w poprzednim poście, Andaluzja jest naprawdę
duża, a te atrakcje leżą minimum 2 godziny jazdy od naszej miejscówki.
Odpuściliśmy je więc sobie na przyszłość, kiedy polecimy do Malagi.
Bo w rejonie Kadyksu, gdzie akurat byliśmy, też jest na co
popatrzeć.
Sama Sewilla serwuje mnóstwo atrakcji. Na pierwszy ogień:
Plaza de España z monumentalnym pałacem w kształcie półkola. U stóp fasady
rozciąga się 48 nisz z ławkami reprezentującymi historyczne prowincje
Hiszpanii, każda w innej kolorowej mozaice – jakby ktoś rozdał każdej prowincji
własny komplet kafelków i kazał się popisać.
Potem Katedra z wieżą La Giralda – największa gotycka
świątynia świata, wpisana do księgi rekordów Guinnessa. W środku m.in.
grobowiec Krzysztofa Kolumba oraz ściana ołtarza wysoka na prawie 28 metrów,
złożona z ponad 45 misternie rzeźbionych paneli pokrytych płatkami złota.
Ołtarz przedstawia około tysiąca biblijnych postaci i bywa nazywany Złotą
Biblią, bo był w zasadzie ilustrowanym podręcznikiem dla plebsu, który czytać
nie umiał.
I tu podzielę się myślą, która nachodzi mnie, gdy widzę taki
przepych (bo jestem trochę rozdarty): jak silna musiała być wiara – albo siła
perswazji – że ludzie przymierający głodem nie tylko nie protestowali przeciwko
takim budowlom, ale jeszcze sami dorzucali się na to złoto.
Wejście na dawną wieżę minaretową La Giralda daje panoramę
na całe miasto, choć wrażenia trochę psuje gęsta siatka zabezpieczająca.
Ciekawostka: ponad sto metrów wysokości i ani jednego schodka – na górę
prowadzi rampa, po której niegdyś wdrapywały się muły i osły objuczone
materiałami budowlanymi. W tym upale trochę też czuliśmy się jak te osły, a w
głowie głos – nie można było po prostu usiąść w barze przy zimnym piwku?
Ponieważ na Sewillę mieliśmy tylko kilka godzin po
wylądowaniu, a temperatura wtedy dochodziła do 40 stopni – w sumie podobnie jak
w tym czasie w Polsce - to udało nam się jeszcze tylko odwiedzić słynny park Parque
de María Luisa z wyspą ptaków, mini wodospadem i gęstą roślinnością zapewniającą
zbawienny cień.
Ewa bardzo chciała odwiedzić Alcazar, ale już nam zabrakło
czasu – oczywiście moja wina (tutaj właśnie zdradziłem Wam sekret naszego
szczęśliwego wieloletniego małżeństwa), bo myślałem, że katedra i wieża będą
ciekawsze. Na szczęście odwiedziliśmy inny Alcazar w Jerez de la Frontera.
Ale o tym i innych miasteczkach, oraz oczywiście o jedzonku
w kolejnym poście.
Hiszpańska Andaluzja, czyli kraina byków i flamenco
część 3 - ostatnia
Kolejne dni, kolejne miasta – tym razem w telegraficznym
skrócie:
Medina-Sidonia (jedno z tzw. białych miasteczek), z
ruinami zamku na szczycie – bardzo spokojne, prawie senne. Dodatkowa atrakcja
to przejażdżka wąskimi i stromymi uliczkami, gdzie trzeba uważać, żeby lusterek
nie stracić. Gdyby nie inne pojazdy przede mną i za mną, pomyślałbym, że
nawigacja robi sobie ze mnie żarty.
Vejer de la Frontera – kolejne pueblo blanco, trochę
większe i wyraźnie bardziej tętniące życiem, świetne do spacerowania wąskimi
uliczkami wśród sklepików, restauracji i kawiarni.
Przy okazji, kolejny ukłon w stronę Hiszpanii za bycie rajem
dla kawoszy. Jak już wielokrotnie podkreślałem (dotyczy to również Włoch), kawa
nie jest tu towarem luksusowym: 1–2 euro, zwykle 1,50–1,80. Nawet w dość
„ekskluzywnej” kawiarni, gdzie mały deser kosztował ponad 6 euro, za kawę
zapłaciłem niecałe 2. I jest naprawdę dobra, nawet na stacji benzynowej. Mówię
oczywiście o małej czarnej (tu: „café solo”), bo tylko taką piję. Nie wiem ile
trzeba zapłacić za karmelowe latte z machą na mleku z niemodyfikowanej soi.
Jedyne szaleństwo, na jakie sobie pozwalam, to szklanka z kostkami lodu, do
której przelewam kawę – idealne na ochłodę.
Kadyks – najstarsze stale zamieszkane miasto Europy
Zachodniej. Gęsta zabudowa, nadmorskie bulwary i specyficzny klimat sprawiły,
że pieszczotliwie nazywa się go „małą Hawaną”. A temperatura jest tu wręcz
łaskawa (24–27 stopni) – i to zaledwie 120 km od Sewilli, która w tym samym
czasie się gotowała.
To właśnie stąd wypływały niektóre ekspedycje Krzysztofa
Kolumba, m.in. ta z 1493 roku, w wyniku której odkrył Jamajkę i Portoryko.
Osobiście polecam wejście na Torre Tavira – najwyższą wieżę
strażniczą Starego Miasta, z widokiem 360° i unikalną atrakcją w postaci dawnej
camera obscura: systemu luster dający niesamowicie ostry obraz miasta na żywo, niczym
ze współczesnego systemu monitoringu.
El
Puerto de Santa María
(Port Św. Marii) – tu nocowaliśmy – urocze miasteczko również z bogatą
historią. Najważniejszą postacią związaną z tym miejscem był Juan de la Cosa –
właściciel i nawigator flagowego okrętu Kolumba, „Santa María”. To on na
podstawie wspólnych wypraw stworzył w 1500 roku najstarszą zachowaną mapę
świata z zarysami Ameryki.
Jerez de la Frontera – to tutaj zwiedziliśmy alkazar
(co oznacza pałac lub twierdzę). Nie jest tak spektakularny jak ten w Sewilli,
ale jest najstarszą zachowaną budowlą w mieście. Stanowi klasyczny przykład
islamskiej architektury obronnej z elementami chrześcijańskimi, które dodano po
rekonkwiście. Nazwa miasta jest jednocześnie nazwą wyjątkowego lokalnego wina,
znanego na całym świecie jako sherry, a produkowanego właśnie w tym rejonie.
To tutaj też spotkałem się na kawę z moim nauczycielem
hiszpańskiego, który akurat w tym samym czasie odwiedzał rodzinne strony (super
się złożyło, bo aktualnie nie mieszka w Hiszpanii). Mega fajne doświadczenie
spotkać się na żywo po blisko roku rozmów wyłącznie online.
Również tutaj obejrzeliśmy występ flamenco – w poprzednim
poście dokładnie opisałem wrażenia. 😊
Na koniec Tarifa – najdalej wysunięty na południe punkt
Europy, gdzie Ocean Atlantycki łączy się z Morzem Śródziemnym. Maroko jest tu w
zasięgu wzroku, zwłaszcza góry Atlas – od wybrzeża Afryki dzieli nas raptem 14
kilometrów.
To jedno z najwietrzniejszych miejsc Europy, ale na
szczęście lub nieszczęście, akurat podczas naszego pobytu wiatr był wyjątkowo
leniwy, więc nie dawał ochłody, a upał solidnie nas dopiekał.
Natomiast to tutaj mieliśmy okazję zjeść chyba najlepszy
posiłek podczas naszego pobytu, więc kilka słów o daniach, które naszym zdaniem
warto spróbować (nie koniecznie w Tarifie, ale ogólnie w tym rejonie):
Gaspacho – zupa na zimno, choć u nas nazwalibyśmy ją sokiem
z warzyw, bo nie jest gotowana. Czasem podawana w szklance z lodem do picia –
idealna w gorące dni. W Andaluzji popularny jest jej „gęstszy kuzyn” – Salmorejo.
Robo del Toro – duszony ogon byka, który po wielogodzinnym
gotowaniu staje się niezwykle delikatny i aromatyczny.
Tortillitas de Camarones, czyli niesamowicie chrupiące,
cieniutkie placuszki z malutkimi krewetkami. Z wyglądu przypominają ażurowe
placki ziemniaczane.
Frituras de Puerro, Queso y Gambas – genialna przekąska w
formie roladek z pora, sera i krewetek. Danie to łączy niesamowitą chrupkość z
kremowym wnętrzem i słodko-wytrawnym andaluzyjskim akcentem lokalnego wina
sherry.
Wszystko to można dostać jako tapas – i tu przy okazji chciałbym
wyjaśnić pewną kwestię: tapas, to nie jest konkretne danie, ani sposób
przyrządzania jedzenia. Najlepiej przetłumaczyć to jako „przekąska”, czyli coś
na kilka kęsów. W restauracjach czy barach często masz opcje czy chcesz wybrane
danie jako właśnie „tapa”, „media ración” – pół porcji, czy „ración” – pełna
porcja. Super rozwiązanie jak chcesz popróbować różnych dań, lub boisz się, że
coś Ci nie posmakuje.
A na targu w Kadyksie jedliśmy legendarną przekąskę chicharrones
– są to grubo krojone kostki boczku (ok. 2x2 cm), najpierw wolno gotowane, a
potem smażone z dodatkiem aromatycznych ziół. Podawane w papierowym rożku „na
drogę”. Wzięliśmy najmniejszą porcję (1/8 kg), a i tak czułem że cholesterol
wystrzelił pod sufit. Byłem w szoku obserwując innych zajadających wielkie
porcje niczym popcorn.
Oczywiście Andaluzja stoi owocami morza (np. przepyszne
ośmiornice) i wyśmienitymi rybami, zwłaszcza tuńczykiem. Mieliśmy okazję zjeść
go m.in. w formie tataru, carpaccio czy na toście.
Popularnym daniem jest Boquerones Fritos, czyli smażone
sardele (anchois) – nam nie podpasowały, ale możliwe, że akurat w tym miejscu
nie były najlepsze.
Na koniec wspomnę tylko krótko o plażach, bo przecież wiele
osób właśnie dlatego udaje się do Hiszpanii. A plaże są przepiękne, piaszczyste
i szerokie. Od oceanu wieje dość mocno, choć konceptu parawanów tutaj nie
znają.
Natomiast jak chcecie spędzić trochę więcej czasu to
parasole obowiązkowe. Wiatr osłabia odczucie gorąca, ale słońce jest
bezlitosne. Woda przy tym wybrzeżu w ciągu lata ma przyjemną temperaturę 22-23
stopnie.
Mam nadzieję, że znaleźliście tu coś ciekawego dla siebie.
Do następnej podróży!