Chciałbym Was tym razem zabrać w podróż do serca Hiszpanii: Aragonii i jej stolicy Saragossy. Nie jest to oczywisty cel turystyczny, bo daleko od morza, więc tym bardziej zapraszam do lektury, a nuż stwierdzicie, że warto odwiedzić to miasto.
Dla nas ta podróż nie była typowym wypadem na zwiedzanie. Przyjechaliśmy
tu z Ewcią odwiedzić naszą dzielną córeczkę, która studiuje pół roku na
tutejszym uniwersytecie w ramach programu Erasmus.
Do Saragossy nie jest łatwo się dostać samolotem z Polski. Bezpośrednich
lotów nie ma, trzeba lecieć z przesiadką. Najlepiej czasowo wypada przez Londyn
lub Paryż. Można też dolecieć do Barcelony lub Madrytu i dalej pociągiem, lub
tak jak my: do Walencji i wypożyczonym autem pokonać nieco ponad 300 km do
Saragossy. Zresztą zarówno od Madrytu, Barcelony czy Bilbao na południu,
odległości są podobne.
Jeśli chodzi o wypożyczenie auta, to nawet w turystycznej
Walencji można znaleźć naprawdę atrakcyjne oferty. Nam trafił się praktycznie
nowy (z przebiegiem zaledwie 2400 km) Seat Arona. Za to autko bez limitu kilometrów,
z pełnym ubezpieczeniem, na całe 5 dni zapłaciłem zawrotną cenę … (tutaj werble
budujące napięcie) … 80 euro! Nie za dzień, ale za wszystkie 5 dni. Nawet z
paliwem jest to dużo taniej niż byśmy zapłacili za dojazd pociągiem. Oczywiście
musimy pamiętać, że byliśmy pod koniec marca, zdecydowanie nie w wysokim sezonie.
Ale cena i tam mnie pozytywnie zaskoczyła. Taniej udało mi się chyba tylko na
Malcie, ale to było mniejsze auto.
O ile w hiszpańskich miastach, zwłaszcza w Walencji, prowadzenie
samochodu może wymagać stalowych nerwów i oczu dookoła głowy, to na autostradach
o dziwo jest pełen relaks. Drogi są w większości bardzo dobrej jakości, a
kierowcy (być może z obawy o swoje portfele i punkty) skrupulatnie przestrzegają
ograniczenia prędkości do 120 km/h i nie spotkałem się z przejawami agresji
drogowej jaką często widywałem np. w Grecji (co się stało ze stereotypowym
hiszpańskim temperamentem??).
Nawet po Saragossie – mieście wielkości Wrocławia (z 660 tyś.
mieszkańców) – jeździło się całkiem przyjemnie. Niewątpliwie problemem jest jednak
parkowanie. Mimo, że nasz hotel nie był w samych centrum Saragossy, a ok. 30
min. na pieszo, to szukanie wolnego miejsca (nawet płatnego) zajęłoby dużo
czasu, więc ostatecznie zdecydowaliśmy się na parking hotelowy – niestety dość
drogi.
Większość najciekawszych atrakcji jest w ścisłym centrum, więc
można ogarnąć na pieszo, ale komunikacja miejska też dobrze funkcjonuje. Jest
co prawda tylko 1 linia tramwajowa, która prowadzi główną arterią miasta, ale
liczne linie autobusowe bez problemu dowiozą nas do każdego miejsca. Alternatywą
są też taksówki. Osobiście nie sprawdzałem, ale ponoć nie są drogie. Zwłaszcza
w nocy może to być jedyna opcja.
A zatem, co można tu zobaczyć. Najważniejszym punktem miasta jest
Bazylika katedralna Nuestra Señora del Pilar (Matki Bożej na Kolumnie). Muszę
przyznać, że pierwotnie nie sądziłem, że będzie to coś specjalnego, ale jak już
weszliśmy do środka to trochę mnie zatkało. Wielkość i rozmach z jakim została
wybudowana, liczne kapliczki, wewnętrzna kopuła kamienna, a przede wszystkim detale
potężnego alabastrowego ołtarza robią piekielnie dobre wrażenie (użycie słowa „piekielnie”
w kontekście bazyliki jest całkowicie przypadkowe, albo nie…). Sam jestem
zaskoczony, bo generalnie zwiedzanie kościołów to nie do końca moja bajka, i
pewnie gdyby tu była długa kolejka do wejścia lub drogie bilety, to bym
odpuścił, a szkoda by było tego nie zobaczyć. A tu było i za darmo i bez
kolejki.
Trzeba jednak zapłacić, żeby wjechać na punkt widokowy na jednej
z wież bazyliki, skąd możemy podziwiać panoramę całego miasta. Ale zdecydowanie
warto.
Przy okazji, wspomniana Matka Boża na Kolumnie to nie tylko
symbol Saragossy, ale również patronka krajów hiszpańskojęzycznych. Objawiła
się ponoć właśnie tutaj nad rzeką Ebro, Jakubowi Apostołowi w roku 40 n.e. Jakubek
nie bardzo sobie radził z krzewieniem chrześcijaństwa, a to objawienie zdecydowanie
mu pomogło.
Warto wspomnieć, że miasto już wtedy istniało, więc liczy
sobie ponad 2 tyś. lat. Założone jeszcze przed naszą erą jako rzymska kolonia przez
Cesarza Augusta, który nazwał miasto swoim imieniem, czyli: Caesaraugusta. Nazwa
ta po podbojach muzułmańskich została zniekształcona jako Saraqusta,
by w końcu w języku hiszpańskim zostać najpierw Saragosą, a potem Zaragozą.
Kolejnym punktem „must-see” jest niewątpliwie Alfajeria - ufortyfikowany
średniowieczny pałac muzułmański. Oprócz podziwiania architektury w stylu mauretańskim
możemy tu zobaczyć obszerną wystawę poświęconą jednemu z najwybitniejszych
hiszpańskich artystów, dumy Aragonii (bo urodził się niedaleko Saragossy) – Francesco
Goi. Ciekawostka: Goya namalował swój pierwszy fresk we wspomnianej powyżej
Bazylice del Pilar, i to właśnie wtedy jego kariera nabrała tempa. W ciągu
ponad 50 lat swojej pracy stworzył około 700 malowideł (niektóre imponujących
rozmiarów) i ponad tysiąc rysunków i grafik.
W pałacu mieści się również siedziba parlamentu Aragonii, a ponieważ
byliśmy akurat w niedzielę, to sala obrad była dla nas dostępna do zwiedzenia.
W kolejnym poście napiszę o rzeczy najważniejszej – czyli o jedzonku
i moich zmaganiach z językiem hiszpańskim, a także o tym co można zobaczyć w
niewielkiej odległości od Saragossy.