niedziela, 8 lutego 2026

Fuerteventura - Hiszpania - luty 2026

 [Post oryginalnie w trzech częściach, stąd podział]

Fuertaventura –  luty 2026 – część 1

Na początek tradycyjnie kilka suchych faktów.

Fuerteventura - hiszpańska wyspa pochodzenia wulkanicznego w archipelagu Wysp Kanaryjskich na Oceanie Atlantyckim. Druga pod względem wielkości po Teneryfie, o powierzchni 1,660 km2 (czyli tak półtora powiatu wrocławskiego), lecz zamieszkała przez zaledwie 125 tyś. osób. Z Polski dolecimy tam w nieco ponad 5 godzin (odległość ok. 4000 km).

Położona jest jedynie 100 km od zachodniego wybrzeża Afryki. To właśnie dzięki temu ma tak liczne i piękne plaże ze złotym piaskiem naniesionym prosto z Sahary przez wiatry.

A propos, wiatry to element, z którego słynie Fuerta. Ponoć wieje tu mocno i nieprzerwanie, stąd jest to istna mekka dla wszelkiego rodzaju surferów, kitesurferów, itp. Napisałem "ponoć", bo my nie doświadczyliśmy tego. Co prawda, czasem troszkę zawiało, ale to raczej był przyjemny wiatr dający ulgę od palącego słońca. Przy okazji, małe dementi. Panuje dość popularny mit, że nazwa wyspy oznacza „silne wiatry”. Otóż o ile „fuerte” to faktycznie po hiszpańsku „silny/mocny” o tyle „ventura” to „los/przeznaczenie/przyszłość”, a nie „wiatr”, czyli „viento”. Czyli bardziej powinniśmy interpretować nazwę jako „Wyspa dobrego losu / dobrych szans”.

Wymądrzam się, bo od około roku intensywnie uczę się mowy Cervantesa i ten wyjazd miał być swoistym egzaminem moich nowych umiejętności językowych. Plan zakładał, że będę używać wyłącznie hiszpańskiego. Na moje „nieszczęście” akurat na Kanarach z łatwością dogadamy się po angielsku, co nie pomagało w moim postanowieniu. W momentach, gdy nie rozumiałem moich rozmówców i prosiłem o powtórzenie lub żeby mówili wolniej, z chęcią przeskakiwali na angielski. Ale żeby nie było, kilka rozmów przeprowadziłem z pełnym sukcesem, z czego jestem mega dumny i czym również zaimponowałem Ewie. A nie ma nic lepszego niż zrobić na żonie pozytywne wrażenie po tylu latach małżeństwa.

Było krótko o wietrze, ale muszę wrócić do pogody, bo to temat najczęściej „wałkowany” na wszelkich forach i pytanie pojawiające się w każdej rozmowie. Więc jaka jest tu pogoda w styczniu czy na początku lutego? Powiem tak: przez 90% czasu chodziliśmy w krótkich spodenkach i krótkich rękawkach. Czasami, zwłaszcza wieczorami czy w nocy ratowała cienka bluza, ale to wszystko. Temperatury w ciągu dnia oscylowały w okolicach 20-23°C, w nocy ok. 18°C. Dość surrealistyczne odczucie biorąc pod uwagę, że w Polsce w tym czasie panowały mrozy -10°C.

Z dwa razy pokropiło, raz trochę mocniej, ale nie trwa to długo. Wystarczy poczekać lub udać się w inną część wyspy, tam pewnie tych chmur nie będzie. I to jest element, o którym trzeba pamiętać. Pogoda może się zmienić dość szybko, więc jest to trochę loteria czy w danym punkcie widokowym trafimy na piękne czyste niebo, czy akurat nad nami zatrzyma się chmurka, skutecznie ograniczając widoczność.

Jak zobaczycie na niektórych zdjęciach niebo jest mocno zachmurzone co jest jednak rzadkością, bo Fuerteventura szczyci się 300 słonecznymi dniami w ciągu roku, przez co jest mało deszczu.

Wyspa w wielu miejscach ma istny księżycowy klimat i tego się spodziewaliśmy. Lecz ku naszemu zaskoczeniu był to obraz zielonego księżyca. Jest to wynik wyjątkowo mokrego grudnia 2025, kiedy wyspa doświadczyła rekordowych opadów deszczu. Bardzo się zazieleniła, przez co miałem małe déjà vu, bo miejscami (gdzie nie było palm) przypominała Islandię, ale bez lodowców i wodospadów.

W tym miejscu mała pauza, co by nie zmęczyć czytelnika. W kolejnych postach nieco o środkach transportu, hotelach, jedzeniu no i oczywiście o odwiedzonych miejscach (a tutaj lista najważniejszych lokalizacji, o których postaram się napisać):  Playa de Cofete – Betancuria – manufaktura Aloesa – Pájara – Ajuy i czarne plaże Playa de las Hermosas  - Sicasumbre – La Pared – muzeum sera – Corralejo – popcorn beach – wydmy – muzeum soli – Moro Jable – Playa de Sotavento - Calderón Hondo (krater wulkanu) – El Cotillo – Oasis Wildlife – wyprawa buggy na Faro Punta de Jandía – trekking na Pico de la Zarza

Fuerteventura – część 2

Ponieważ wstęp już był, przechodzę do konkretów. Na początek kwestia hotelu i wyżywienia. My zazwyczaj przy tego typu urlopach (nastawionych na zwiedzanie) wybieramy opcję BB (samo śniadanie) lub HB (dwa posiłki: śniadanie i obiadokolacja), zakładając że większość czasu spędzamy poza hotelem i stołujemy się w małych restauracjach odkrywając lokalne smaki. Przygotowując się jednak do wyjazdu odkryliśmy, że Fuerta pod tym kątem jest uboga. Innymi słowy, nie ma co się nastawiać na nie wiadomo jakie odkrycia kulinarne, żeby nie powiedzieć, że czasem trudno znaleźć czynny lokal oferujący cokolwiek do zjedzenia. Jednocześnie trafiliśmy na ofertę all inclusive w świetnej cenie, więc z niej skorzystaliśmy. Naturalnie i tak jedliśmy w ciągu dnia „na mieście” co tylko potwierdziło opinie innych internautów, że „szału nie ma”. Natomiast nasz hotel oferował również lokalną kuchnię i to na przyzwoitym poziomie. Dzięki temu mogliśmy skosztować typowych hiszpańskich dań jak paella, croquetas czy lokalnych ryb oraz mięs – przede wszystkim carne de cabra, czyli duszona kozina. Na śniadania nie mogło zabraknąć tortilla de patatas, kultowej szynki jamón ibérico, lokalnego sera koziego (o nim parę słów później) no i oczywiście churros z czekoladą. Aaa, prawie zapomniałem o przepysznych hiszpańskich winach, które pochłaniałem w ilościach, do których nie chcę się otwarcie przyznać (nie, nie do śniadania).

Co do lokalizacji to oczywiście wszystko zależy od preferencji i planów na pobyt. Bardzo popularna miejscowość Corralejo na samej północy wyspy to typowy wakacyjny kurort. Mnóstwo hoteli, barów, sklepów sieciowych i szkółek wszelkiego typu sportów wodnych. Zupełnie nie nasz klimat. Po godzinie byliśmy zmęczeni.


Ostatecznie wylądowaliśmy na południu wyspy w Moro Jable, rejon Jandia. Dużo spokojniejszy, choć też jest co robić. Teraz, z perspektywy naszego pobytu mogę powiedzieć, że środek wschodniego wybrzeża – okolice Caleta de Fuste – wydaje się dobrym kompromisem, szczególnie ze względu na łatwy dojazd do każdej części wyspy. Czy klimat tego miejsca odpowiada, to już kwestia indywidualna.

Nasz hotel nie znajduje się w pierwszej linii brzegowej, więc dla kogoś, kto nastawia się na plażowanie, może to być problem. Ja z moim niezdiagnozowanych ADHD nie usiedzę w miejscu i w sumie w ciągu całego tygodnia spędziliśmy może jakieś 45 minut relaksując się na piaseczku. Żeby nie było, trochę po plażach też pospacerowaliśmy. Nawet dwa razy wykąpaliśmy się w oceanie, choć jego temperatura nie była zbyt komfortowa, prawdopodobnie ok. 17-18°C. Przy okazji, długie, szerokie i w wielu miejscach puste plaże Fuerty przyciągają fanów beztekstylnego opalania. Szczególnie na przepięknej plaży Sotavento można dostrzec wielu amatorów golizny leżących lub spacerujących wzdłuż brzegu. W ogromnej większości są to już zaawansowani wiekowo nudyści i jak tak na nich patrzyłem (nie powiem w jakim ja byłem stroju) to wymyśliłem taki suchar (uwaga, bardzo czerstwy żart…): Dlaczego to seniorzy bez skrępowania przechadzają się na golasa po plażach? Bo im wszystko wisi...

OK, szybka zmiana tematu. Transport. Widziałem dużo taksówek i trochę autobusów oraz przystanków. I to generalnie tyle co mogę powiedzieć na temat transportu publicznego. Zdecydowanie polecam wypożyczenie auta. Wystarczy przejrzeć kilka stron różnych wypożyczalni i naprawdę można znaleźć świetne oferty. Mi udało się wynająć auto - nie z tych najmniejszych (Citroen C3) - za niecałe 106 euro na cały tydzień – w tym maksymalne ubezpieczenie – to około 63 zł/dzień! Cóż, może to był łut szczęścia, ale ceny w okolicach 25 euro/dzień są jak najbardziej realne. Aha, i w tej wypożyczalni nie wymagali zabezpieczenia w postaci karty kredytowej – wiem, że dla wielu to dodatkowy atut. Przy okazji, specjalnie nie podaję tu nazwy hotelu ani wypożyczalni, żeby nie robić kryptoreklamy, ale z przyjemnością mogę podzielić się tym w wiadomości prywatnej – piszcie jak coś.

Paliwo też jest tanie. Na większości stacji cena za litr 95 wynosiła 1,10-1,20 euro czyli jakieś 5,00 zł. Mając więc samochód na cały pobyt prawie nic nas nie ograniczało. „Prawie” bo teoretycznie autami z wypożyczalni nie można wjeżdżać na drogi szutrowe. I tu mały problem, bo one w żaden sposób nie są oznaczone, ani na mapach Googla ani znakami drogowymi. Nagle kończy się asfalt i nie wiesz czy może to tylko kawałek i zaraz będzie ok. Najczęściej nie będzie już ok, a szuter może się ciągnąć ponad 20 km, jak na trasie przez Park Naturalny Jandía do plaży Cofete lub do latarni w Punta de Jandia. I nie jest to utwardzony szuter, a raczej luźny kamień i miejscami droga jest bardzo nierówna, więc pokonanie tej trasy w dość niekomfortowych warunkach zajmuje 40-60 minut. Świetna na wyprawę terenówką 4x4, bardzo ryzykowna na jazdę osobówką z wypożyczalni. Widoki niezapomniane, ale trzeba mieć świadomość ryzyka, bo uszkodzeń na takiej trasie ubezpieczenie nie pokryje.

Plażę Cofete wszyscy polecają jako must-see. I faktycznie, szczególnie tuż przez zachodem słońca, jak tam trafiliśmy, zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Powiem tak, że na Cofete dojechaliśmy autem, ryzykując sporo, ale drugi raz wybrałbym chyba inną opcję – można tu dojść na pieszo – trekking przez górki od utwardzonego parkingu zajmie jakieś 2 godziny. Są organizowane wycieczki lub sam transport, albo przejażdżka otwartym autkiem terenowym typu „buggy” – my z tej opcji skorzystaliśmy, żeby zobaczyć najdalszy punkt wyspy (Punto de Jandia), zachwalane jako krajobraz końca świata. Osobiście, lekkie rozczarowanie. Więc jak już w jakiś sposób wybierzecie się na ten off-road po parku krajobrazowym Jandia, to zdecydowanie polecam bardziej Cofete.


Nie jest to bezpieczne miejsce do pływania. Generalnie zachodnie wybrzeże to w większości skalne plaże lub z czarnym wulkanicznym piaskiem oraz bezlitosnymi falami prezentującymi brutalną siłę oceanu. Stąd mało tu jakichkolwiek ośrodków czy miasteczek. Tak naprawdę to naliczyłem 3 i wszystkie odwiedziliśmy: La Pared, Ajuy i El Cotillo.   

Więc po krótce: La Pared – koniec świata i królestwo wiatru. Nazwa znaczy „Ściana” - od klifów, które wyglądają jak mur oddzielający wyspę od oceanu. Jedno z najbardziej wietrznych miejsc na wyspie. Krajobraz jak z innej planety – niemal zero zieleni i czerwono-brązowe skały.

Ajuy (uwaga, w języku hiszpańskim „j” wymawiamy jak „h” – więc przeczytaj to poprawnie i już na pewno nie zapomnij tej nazwy). Mała wioska rybacka, czarna plaża oraz jedne z najstarszych skał na świecie. Jaskinie Ajuy są starsze niż same Wyspy Kanaryjskie – to fragmenty dawnego dna oceanu sprzed ponad 100 mln lat. Niestety dość często ze względów bezpieczeństwa są zamykane dla odwiedzających. Nam też nie udało się ich zwiedzić.

El Cotillo – urocze miasteczko w stylu hipstersko-artystycznym. Dodatkowo do zwiedzenia Stara wieża Castillo del Tostón, która chroniła mieszkańców przed piratami.

No i czas na kolejną pauzę. Dajcie znać jak wam się podoba i na czym mam się skupić w kolejnych częściach.

 

Fuerteventura – część 3 – ostatnia

Witam w trzeciej i zarazem ostatniej części sprawozdania z naszego pobytu na tej wyspie w pierwszym tygodniu lutego 2026 roku.

Tutaj postaram się w telegraficznym skrócie opisać pozostałe najważniejsze punkty na wyspie. Na koniec zostawiłem najlepsze kąski (oczywiście przypominam, że są to nasze subiektywne odczucia, albo moje, ale Ewcia się ze mną we wszystkim zgadza, a nie, wróć, to ja się z nią zawsze zgadzam… - nie ważne).

Mimo że wyspa jest dość mała: długość to 100 km, a w najszerszym punkcie ma ok. 30 km, nie przeszkodziło nam to zrobić 1200 km w ciągu tygodnia naszego pobytu. Pewnie można by lepiej zaplanować zwiedzanie i nie jeździć tam i z powrotem, ale postawiliśmy trochę na spontan, a i sama jazda wraz z podziwianiem widoków nawet z okien auta to była frajda.

Przy okazji ważna uwaga. Przeglądając mapę i szukając adresów często zamiast „Fuerteventura” widziałem „Las Palmas”. Początkowo myślałem, że to jakiś błąd, ale nie. Wyspy Kanaryjskie administracyjne są podzielona na dwie prowincje: Las Palmas, obejmującą wyspy: Gran Canaria, Fuerteventura, Lanzarote, La Graciosa, oraz Prowincja Santa Cruz de Tenerife, która obejmuje: Teneryfę, La Palmę, La Gomerę i El Hierro.

I nie wiedzieć czemu, Hiszpanie zdecydowali, że to dobry pomysł stosować w adresie tylko miasto i prowincję a nie nazwę wyspy… Ot taka ciekawostka.

A teraz konkrety.

Muzeum sera Majorero (Museo del Queso Majorero). Majorero to miano rdzennych mieszkańców Fuerty – twardych pasterzy kóz, nieodzownie związanymi z tymi zwierzętami. I to właśnie ta odmiana kóz zwana cabra majorera, bardzo wytrzymała i dająca dużo mleka (nawet 3,5 l/ dziennie) pozwoliła przetrwać ludziom na tej pierwotnie niegościnnej i suchej wyspie. Samo muzeum jest dość skromne, ale zlokalizowane w pięknie utrzymanej posiadłości o typowej lokalnej architekturze. Dodatkowo na terenie możemy zwiedzić tradycyjny wiatrak i dowiedzieć się o produkcji mąki gofio. Ponadto, mamy tu ogród z imponującą kolekcją wielu odmian kaktusów – niektóre egzemplarze były naprawdę ogromne.

Muzeum soli (Museo de la Sal) nieco mnie rozczarował. W budynku mamy krótkie prezentacje w formie filmików, a następnie na zewnątrz możemy obejrzeć poletka do odsalania wody morskiej. Myślę, że dużo nie stracicie odpuszczając sobie tą atrakcję.

Sicasumbre – astronomiczny punkt obserwacyjny. Ze względu na położenie z dala od źródeł światła, szczególnie polecany do nocnego podziwiania gwiazd. Niestety, mimo 3 prób, nie udało nam się trafić na bezchmurne niebo.

Betancuria – dawna stolica Fuerteventury, położona w głębi lądu co miało ją chronić przed piratami. Niewielka i spokojna biała wioska w zielonej (jak na tę wyspę) dolinie.

Pájara – Jedna z najstarszych miejscowości wyspy. Mało turystyczna, więc łatwo tu odczuć autentyczne życie Majoreros. Całkiem przypadkowo akurat tutaj trafiliśmy na ogromne instalacje wykonane techniką haftu i szydełkowania. To lokalne inicjatywy, które mają przypominać, że Fuerteventura to nie tylko plaże i wiatr, ale ludzie, ręczna praca i ciągłość tradycji.

Calderón Hondo – idealnie zachowany krater wulkanu. Dojście na szczyt z parkingu zajmuje ok. 30 min i jest to łatwy i krótki trekking, nawet z dziećmi. Po drodze i na szczycie możemy spotkać (podobnie jak i w wielu innych miejscach wyspy) wiewiórki berberyjskie (hiszp. ardilla moruna). Są wręcz maskotą Fuerty, szczególnie że lgną do ludzi (czy raczej jedzenia, którym turyści je wabią). Nie są to znane nam wiewiórki drzewne (bo i drzew tu za dużo nie ma), lecz odmiana ziemna sprowadzona w latach 60-tych z Afryki Północnej. 

Podobno tylko 2 osobniki, które z powodu braku naturalnych drapieżników szybko opanowały całą wyspę. Teraz są setki tysięcy tych gryzoni i stały się gatunkiem inwazyjnym niszcząc roślinność i uprawy oraz wypierając lokalne gatunki, np. jaszczurek. Więc nie należy ich dokarmiać. My je oszukiwaliśmy pustymi łupinami, żeby zapozowały do zdjęcia.    

Manufaktura aloesa – bardzo ciekawy punkt, który warto odwiedzić. Po pierwsze mamy na wyciągnięcie ręki rozległe pola uprawne tej rośliny i możemy z bliska zobaczyć jak się je uprawia. W środku, na wieść że jesteśmy z Polski, zawezwano panią Dorotę, która w przemiły i bardzo profesjonalny sposób szczegółowo opowiedziała o tym fascynującym sukulencie i etapach pozyskiwania żelu. Oczywiście mogliśmy się nasmarować od stóp do głów specyfikami na bazie aloesu. Wszystko bezpłatnie, choć naturalnie można zakupić produkowane przez nich specyfiki jak również specjalnie zabezpieczoną do transportu szczepkę do zasadzenia w domu.

Wspomniałem w poprzednim poście o Corralejo, po krótce sama miejscowość nie przypadła nam do gustu, ale i tak warto tu się wybrać ze względu na dwie atrakcje w okolicy. Po pierwsze „popcorn beach” – czyli plaża z kamyczkami łudząco przypominającymi prażoną kukurydzę. Tak naprawdę to są skamieniałe algi (rodolit) i muszę przyznać, że robią niezłe wrażenie.

Nieopodal mamy rozległe wydmy (Dunas de Corralejo), będące częścią parku krajobrazowego. Dla Polaków bywających nad Bałtykiem wydmy nie wydają się szczególną atrakcją, ale ich wielkość w połączeniu z krajobrazem i brakiem jakiejkolwiek roślinności pozwala poczuć się jak na prawdziwej bezkresnej pustyni.

Oasis Wildlife – park zoologiczno-botaniczny z imponującą ilością zwierząt (ponad 3000 osobników 250 gatunków). Bardzo spodobało mi się wykorzystanie terenu i wkomponowanie wybiegów w naturalne formacje skalne. Zwierzęta mają dużo wolnej przestrzeni i wyglądają na zadbane i zdrowe. Świetny pomysł z wybiegiem dla żyraf, gdzie jako odwiedzający jesteśmy na poziomie ich głów i możemy je karmić specjalnie przygotowanym siankiem i owocami. Nigdy wcześniej nie widziałem z tak bliska tego pięknego zwierzęcia. Poza tym mamy edukacyjne pokazy, m.in. lwów morskich, papug czy ptaków drapieżnych.  

  

I na koniec mój absolutny „top of the top” dosłownie i w przenośni: szczyt Pico de la Zarza – najwyższy punkt wyspy. 

To już był troszkę trudniejszy trekking, ale widoki rekompensują wysiłek. Trasa z parkingu w Moro Jable na szczyt liczy niecałe 7 km i potrzebujemy ok. 2 godzin na wejście. Na początku jest dość łagodnie. Za plecami ocean, po bokach wyjątkowo zazielenione wzgórza i doliny, a przed nami piętrząca się skała. Po drodze możemy spotkać leniwie pasące się kozy majorero zupełnie nie przejmujące się sporadycznymi wędrowcami. Ostatni kawałek jest już kondycyjnie bardziej wymagający. Dość strome podejście, przez które łapię zadyszkę, ale ostatnie metry i sam szczyt zapiera dech. Niebo prawie bezchmurne, tylko pojedyncza chmurka leniwie prześlizguje się przez pobliską grań. 

Idealna pogoda ze względu na widoczność, ale słoneczko dość mocno przypieka i troszkę brakowało nam tych słynnych wiatrów. Po chwili z piersi wyrywa się wielkie „WOW”, gdy za szczytem oczom ukazuje się druga strona wyspy i urwisko opadające niemal pionowo kilkaset metrów w dół do plaży Cofete smaganej falami oceanu. Jesteśmy na 807 m npm. Niby niewiele, ale biorąc pod uwagę bliskość oceanu, wrażenie jest piorunujące. Czujemy się tu z Ewą wolni i szczęśliwi. Poza krukiem liczącym na darmowe jedzenie, jesteśmy całkiem sami i spędzamy na szczycie prawie godzinę kontemplując piękno otaczającej natury.

Gdybym miał wybrać jedno miejsce warte odwiedzenia to zdecydowanie to. Niestety domyślam się, że pogoda odgrywa kluczową rolę i w przypadku dużego zachmurzenia, widoczność spada praktycznie do zera.

Ja już tęsknię.

Dziękuję za wszystkie reakcje i komentarze. Do usłyszenia!


Fuerteventura - Hiszpania - luty 2026

 [ Post oryginalnie w trzech częściach, stąd podział ] Fuertaventura –  luty 2026 – część 1 Na początek tradycyjnie kilka suchyc...

Popularne